Bólozabijacz

Robienie czegoś, co jest niefajne, mało przydatne IMO i raczej nieładne jest średnio przyjemne. Jedynym plusem takiego procederu są korzyści finansowe i z pewnością doświadczenie. Jednak nie zawsze robi się to, co jest fajne, rozwijające i pozwalające na późniejsze zadowolenie z własnej pracy.

Ale nie o tym miało być, tak tylko podczas przeklikiwania się przez panel administracyjny mi się skojarzyło... Dziś miało być o Painkillerze, który zawładnął moim wolnym czasem od dłuższego czasu - a jest o czym pisać. Gra pozwala na niemal doskonałe odmóżdżenie się po dniu w pracy, na działce lub zakupach - hordy potworów, katów i wynaturzeń, które pojawiają się wielkimi zgrajami, WIELCY bossowie przemyślnie zaprojektowani tak, aby maksymalnie utrudnić nam życie, a najlepiej go nas pozbawić to jest to! Dokładając do tego wąski, ale fenomenalnie opracowany arsenał czyni Painkillera doskonałą grą na wieczory, podczas których - zapewniam - żaden porządny madafaker nie będzie się nudził. Nic bowiem tak nie odpręża jak wbiegnięcie do malowniczej (architektura to kolejny mocny punkt tej gry) sali z shotgunem i eksterminacja hord przeciwników, a następnie połykanie ich dusz! Oprócz wspomnianego shotguna mamy do dyspozycji m.in. miniguna, wyrzutnię rakiet, "prądownicę" zamieniającą nas w miotającego wiązkę energii Imperatora ze Star Wars, moją ulubioną kołkownicę - wyrzutnię drewnianych kołków, że wymienię tylko te najważniejsze. Do tego znakomita muzyka... czego oczekiwać więcej.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie... Tragiczne według mnie cutscenki pomiędzy poziomami - jak w tak dobrej grze można było zamieścić taki kicz i lipę? Naprawdę muszę się ostro trzymać fotela żeby nie podskoczyć do klienta pocztowego i nie wygarnąć na e-mail kontaktowy People Can Fly dwóch słów, w tym trzech brzydkich. Poza tym nie wiem jak jest w innych wydaniach ale Painkiller Black Edition jest solidnie zabugowany. Po pierwsze napisy we wspomnianych cutscenkach absolutnie nie trafiają w to, co mówią "aktorzy"... Ehh, nie trafiają to mało powiedziane - późnią się o około minutę. Poza tym czasem dźwięk potrafi się solidnie przyciąć - np. działają "odgłosy środowiskowe" czyli tupanie, strzelanie i krzyki wrażych wojsk, a muzyka ma czkawkę - co ciekawe, zdarza się to na niektórych poziomach, na pozostałych (na szczęście w większości przypadków) jest w porządku.

Mimo wszystko, polecam każdemu - szczególnie, że grę można nabyć w kolekcji Xtra Klasyka w cenie poniżej 20 złotych, co za taką pozycję jest ceną żadną.

A jako superbonus - teledysk kapeli Mech (POLSKA!) z teledyskiem z gry Painkiller.

Ruszyła maszyna po szynach? A skąd.

Otóż w radomskim M1 pojawiła się nagle wielgaśna makieta z pociągami, tak na oko gdzieś z 6 metrów na 2 metry. Zbudowana super, z rozmachem, kilkoma tunelami, kolejką górską i masą pociągów. Dodatkowo, dla podkreślenia smaku część wagonów to repliki prawdziwych polskich pociągów sunących po naszych niespecjalnych trasach. Na środku jest wielka góra, jest nawet jeziorko i tramwaj. Ogólnie pełen wypas. Ci, którzy pamiętają z czasów PRL Centralną Składnicę Harcerską w Warszawie przy Marszałkowskiej i jej witrynę wiedzą o czym mówię. I jeszcze jedno, żeby było wiadomo, kto stoi za tą makietą to na jej jednej części ustawiono fajną replikę M1 - z naklejką na murze "Praktiker".

Dookoła tego, niemal, cudu świata oczywiście zgraja dzieci wraz z tatusiami, którzy udawali, że pilnują latorośli, a sami z zazdrością spoglądali na zazielenione pagórki i błyszczące wagoniki. Niestety całą tą idyllę psuł jeden drobny fakt. Pociągi nie jeździły - przypominam, że dziś jest niedziela i tłum naprawdę był gęsty. I tu powstaje pytanie - czemu władcy M1 zaserwowali dzieciom "lizanie cukierka przez papierek"? Naprawdę tak ciężko było poświęcić kilka voltów napięcia i ożywić ten skrawek świata? Z pewnością dzieci skuteczniej wyciągałyby rodziców do centrum handlowego, a przy okazji ci zostawiliby trochę banknotów... Oj nieładnie!

Czas!

Ten tydzień można zaliczyć do udanych, dlaczego? Otóż minął tak szybko, że niespecjalnie miałem czas na narzekanie, iż do wypłaty tak daleko, że trzeba wstawać rano itp. Niestety odbiło się to znacznie na częstotliwości wpisywania przeżyć na bloga, a także na graniu - na to po prostu czasu nie starczało.

Dziś zachęceni wolnym dniem postanowiliśmy posprzątać nieco w domu - tzn. przetrzebić nieużywane zabawki Juniora (oczywiście wg Niego wszystkie zabawki są niezbędne i konieczne do przeżycia), oraz zrezygnować z części (kilkadziesiąt sztuk) przeczytanych książek, które jeszcze nie wiem gdzie znajdą swoje nowe miejsce bowiem biblioteki twierdzą uparcie, że nie chcą żadnych nawet za darmo. I w tym miejscu brakuje mi instytucji "dnia wystawek", kiedy to każdy mógłby wyjść przed blok i wystawić rzeczy, z których nie korzysta, a innemu by się to przydało. Pod śmietnikiem książek nie zostawię bo przyjdą dzieci i po prostu porozrzucają je po całym blokowisku, jeśli nie dzieci to psy.

Wczorajszy wieczorek umiliło piweczko ze znajomymi, jeden z nich przyjechał sobie na urlopik z Irlandii i trzeba było się gdzieś zadekować aby skosztować piwa z beczki przy akompaniamencie objazdowej jazzowej kapeli. Padło na Parkową, która jest doskonałym przykładem jak nowy właściciel może zmienić zupełnie nastrój w knajpie. Od zawsze dla mnie Parkowa była reliktem lat 70/80, uczucie potęgowały niskiej jakości kibelki, lodówka z okienkiem (jak w Warsie na stacji PKP) oraz przysypiająca pani za ladą. Dodatkowo zawsze było solidnie nadymione, światełko było podłączone chyba do niższego napięcia, tak, że panował solidny półmrok - jednym słowem to, co dely lubi najbardziej.

A teraz? Głośno, jasno, za barem lśnią wszelkiej maści alkohole z całego świata, marmur, kelnerzy uprzejmie roznoszący menu z cenami (jak na Radom) z kosmosu no i towarzystwo już zupełnie inne. Dramat. JA CHCĘ STARĄ PARKOWĄ ;)

Nu, pajechali...

Udało się wreszcie zaliczyć jeszcze jeden, wielokrotnie wspominany, wakacyjny wyjazd - celem były Pilaszkowice k. Lublina - jak się później okazało były to Pilaszkowice 2, ponieważ Pilaszkowice 1 są wcześniej, później wioska o ciekawej nazwie Bazar, a następnie te właściwe, do których zmierzaliśmy.

Muszę przyznać, że droga Radom - Lublin, mimo, że nie ma na żadnym odcinku statusu ekspresowej jest wiele przyjemniejsza w podróży niż wiecznie gdzieś rozkopana "siódemka" - jedzie się miło i przyjemnie. Rozpędzonego Coswortha przystopowywały jedynie dosyć liczne miasteczka (w tym super-bajerancki most w Puławach), które jeszcze nie dorobiły się obwodnic - może Euro 2k12 coś w tym przypadku pomoże - w końcu to trasa prowadząca na Ukrainę.

O samym pobycie weekendowym pisać zbyt wiele nie będę ponieważ było bardzo przyjemnie, młodzieżowo i żadnych przykrych niespodzianek nie odnotowałem. Junior był w siódmym niebie ponieważ otrzymał na samym starcie od swojego Godfathera zestaw młodego zabójcy w postaci dwóch nagich mieczy, tarczy oraz łuku z zapasem trzech strzał wyposażonych w przyssawki. Miecze i broń miotająca zrobiła również furorę wśród nieco starszych uczestników zabawy ponieważ każdy chciał sobie postrzelać - a co. Wieczór spędziliśmy przy grillowo - procentowych pogawędkach, przy okazji skosztowałem co nieco domowej roboty trunków, które spokojnie mogłyby konkurować z wieloma alkoholami sprzedawanymi w sklepach mieniącymi się dumnymi szyldami "Alkohole Świata".

Dokumentacja fotograficzna znajduje się jak zwykle na Picasie, przepraszam, że tak mało, ale naprawdę było co robić i żal było tracić czas na bieganie z fotopstrykiem.

I znowu wolne

Tak. Dokładnie, jak pisałem w poprzednim wpisie błogosławię decyzję, dzięki której po urlopie byłem tylko dwa dni w pracy - nawet sobie nie wyobrażacie jakie to fajne uczucie mieć znowu dwa dni wolnego!

Druga dobra wiadomość jest taka, że żona czuje się lepiej więc szanse na wyjazd weekendowy wzrosły do całkiem akceptowalnego poziomu, chociaż z drugiej strony nie wiem czy teraz to mi się chce jechać - dwa dni lenistwa w domu vs dwa dni lenistwa na wsi krótsze o 150 km w każdą stronę. Ciężka decyzja - jutro rano zobaczymy.

Na szczęście już mi się odwidziało lenistwo w graniu i równocześnie z wspominanym w poprzednich wpisach Painkillerem tłukę w Atari Karts na Jaguarze. Gra jest piękna i całą stanowczością, pod przysięgą i znając wszelkie konsekwencje mogę powiedzieć, że jest to absolutny must have dla każdego posiadacza kociaka. Niestety grę jest bardzo ciężko kupić, ale warta jest sporej kasy - gwarantuję, że nikt nie będzie żałować. Pęd czuć na każdej trasie, zabawne postacie i trudne (na późniejszych etapach) trasy nie pozwolą się szybko znudzić nikomu. Dla mnie gra ma tylko dwie wady (jeśli chodzi o gry dla Jaguara to BARDZO mało!): pierwsza to bardzo nierówna muzyka - są etapy, kiedy jest to świetny, podrywający koła niemalże do lotu chiptune, taki jaki tygrysy wychowane na 8/16 bitowych demach kochają najbardziej, a czasem jest to nie-wiadomo-jaki-smutaśny-przytup, w dodatku kompletnie nie pasujący do wyścigów. Druga rzecz, która mi się nie podobała to niestety mało dopracowane modele graczy, nie są to wcale proste oteksturowane modele 3d, a zwykłe sprajty, można byłoby to przeboleć gdyby miały nieco więcej klatek animacji podczas obrotów i wyprzedzania, a tak to trochę podjeżdża leciutką nędzą. W szczególności jeśli wiemy, że Jaguar jest capable do nie takich rzeczy (ze szwagrem w wojsku), nie da się ukryć, że pozostaje niewielki niedosyt.

Atari Karts

Wszystko to jednak jest rekompensowane przez niesamowitą grywalność, rzecz warta powiedzenia ponieważ gry, które nie nudzą się szybko na Kociaka można zliczyć używając palców - i to jednej ręki. Jednym słowem - dely poleca.

Pierwszy dzień w pracy

Oj ciężko było wstać po blisko trzytygodniowym lenistwie... Odzwyczaiłem się tak bardzo, że wypadłem z porannego rytmu przygotowawczego polegającego na z góry zaplanowanej trasie - kuchnia, pstryk czajnik na herbatę, WC, ząbki (w tym czasie zagotowała się woda), kuchnia i zalanie herbaty, pstryk komputer, WC - myjemy resztę, komputer (herbata ciut ostygła) - kilka łyków... No, czujemy się w miarę przytomnie. Teraz spokojnie można się ubrać, doczytać pocztę na gmailu - szybki rzut okiem na zegarek, można wychodzić.

W pracy zostałem od razu rzucony na głęboką wodę tak, że nie było specjalnie czasu na odczuwanie pourlopowego kaca - to dobrze. Gratuluję teraz sobie, że tak zaplanowałem powrót z urlopu, iż w pracy jestem tylko dwa dni, potem weekend. Wydaje mi się, że lepiej się nie dało, nie wiem czy tak dobrze przeżyłbym dzisiejszy dzień mając na horyzoncie pięć dni pracy.

Mówiąc o sobocie i niedzieli to nie wygląda niestety na to, że wyjdziemy sobie na wcześniej zaplanowane dwa dni w wiejskiej głuszy, małżonka nadal raczy się czuć dosyć średnio i nie widać, żeby to miało się poprawić w ciągu dzisiejszego wieczoru i jutra. Wolałbym widzieć kilka spokojnych dni, a potem planować, bądź co bądź, ponad stukilometrową drogę.

Wielkie cztery litery

No i z podróży zapowiadanej w poprzednim wpisie wyszły wielkie cztery litery... Żona raczyła się dosyć poważnie rozchorować i dwa dni mieliśmy wycięte z życiorysu, a tak miało być pięknie i relaksująco - na szczęście wyjazd został tylko przełożony, a nie odwołany. Najnowsze plany są takie, że jedziemy w weekend. Zobaczymy jak to będzie.

Dzisiejszy dzień mam zamiar poświęcić na zrobienie zaległych porządków w swoim pokoju, szczególnie w tzw. "szafie pełnej niespodzianek", powywalać niepotrzebne graty, a te które nadają się na sprzedaż pójdą na allegro. Na razie zreorganizowałem regalik z grami i co ciekawszymi elementami kolekcji starych komputerów.

Regalik

Jakoś ostatnimi dniami mam awersję do grania, kilka dni temu zauważyłem w MM Painkiller Black Edition (zawiera dodatek), wczoraj zainstalowałem i przeszedłem kilka pierwszych etapów - gra mroczna jak cholera, trzeba mieć dobry wzrok, żeby cokolwiek ujrzeć. Na pierwszy rzut oka uwagę przykuwają hordy potworów do unicestwienia - dziesiątki suną na naszego bohatera ze śmiercią na ustach, szczerze mówiąc w żadnej poprzedniej grze nie doświadczyłem takich zgraj jednocześnie atakujących głównego aktora. Gra doskonale nadaje się na relaks po nużącym dniu pracy.

Jeśli już mówimy o pracy, to niestety urlop się już kończy i pojutrze wracam do pracy. Jaki jest mój nastrój - nie muszę chyba pisać.

Podróży jeszcze nie koniec

Mimo, że urlop powoli dobiega końca jeszcze się nie poddajemy. Jutro z rana z małżonką, juniorem i teściową wyskakujemy na 2 dni do Pilaszkowic - do chrzestnego juniora. Droga wygląda na krótką i w 2 godzinki powinniśmy być na miejscu.

A tam (podobno) czeka na nas cisza i spokój, prawdziwa dzika głusza i drewniany domek. Junior ma obiecane dostać prawdziwy drewniany łuk (phear!), żona i teściowa pogawędki z plotami, a ja święty spokój i prawdziwie domowe piwo. Zapowiada się pysznie, zabieram laptopa, aparat i jutro rano w drogę.

Wróciłem

Co prawda nie dziś, ale w poprzednim wpisie tak dokładnie naświetliłem sytuację panującą na moim wypoczynku, że uznałem iż nie potrzeba więcej dopisywać od razu.

Z rzeczy, których nie opisałem wcześniej dodam tylko, że nad morzem panuje wielki boom na wypożyczalnie skuterów, motorów oraz quadów. W sumie nic dziwnego, jeśli obejrzy się nadmorskie drogi, wiecznie zakorkowane i nieprzejezdne. Taki skuterek to wybawienie dla kogoś, kto chce się szybko przemieszczać. Minusem są tylko wyścigi, które urządzają sobie ich posiadacze (a raczej "wypożyczacze") - któregoś dnia bowiem idąc sobie po zapas piwka i papieroski niemal zostałem wgnieciony w ziemię przez eskadrę kilku quadów pędzących grubo powyżej dozwolonej przepisami prędkości, oczywiście przez całą szerokość ulicy.

Zakańczając temat wyjazdu oczywiście prezentuję obowiązkowe fotki pogrupowane w trzy albumy: Morze, Fokarium i Muzeum Obrony Wybrzeża.

Dziś z małżonką ogłosiliśmy dzień wielkiego prania, pralka nie ma lekko - trzy wielkie torby pełne zużytych ciuchów plus jedna leżąca już ponad tydzień torba Juniora, który odpoczywał od nas u dziadków w Piastowie. Poza tym porządki, doprowadzanie kuchni do wyglądu nieodstraszającego nawet much itp. - jednym słowem wyrwa w błogim urlopie. A na wieczór zarządzono jeszcze wypad do marketu na zakupy. Dramat.

Powoli również odgruzowuję czytnik RSS, który zarósł już niemalże od nieprzeczytanych wiadomości - blogerzy i serwisy, które monitoruję widać nie mają specjalnie wakacji - i dobrze, nie będzie się człowiek nudził, kiedy przejdzie okropny, powyżej opisany dzień.

Cywilizacja

No wreszcie nadszedł czas, kiedy mogę się dorwać w spokoju do laptopa i opisać, jak to jest nam fajnie nad morzem. Tak, dopiero po niemal tygodniu, ponieważ mimo dosyć średniej pogody czasu ciągle brakuje - a to plaża, a to wycieczki po muzeach, a to atrakcje na wszędobylskich wesołych miasteczkach.

Pogoda, jak wspomniałem, nad morzem jest bardzo średnia - co prawda nie leje, ale temperatura oscyluje w okolicach dwudziestukilku stopni i dosyć ostro wieje, w szczególności rano, kiedy człowiek się budzi na śniadanko i porannego papieroska. Mimo tego udało mi się tak spiec plecy, że wczorajszą noc spędziłem śpiąc w pozycjach dotąd niespotykanych - na siedząco, półleżąco, względnie wygięty w "chinski paragraf" tak, tylko aby nic nie piekło i nie bolało - dzisiejszy dzień odpuściłem sobie w temacie plaży i siedzę sobie na naszej kwaternianej werandzie popijając piwko (btw. nie wiem dlaczego w tutejszych sklepach nie mają zwyczaju trzymać Carlsberga w lodówkach - same jakieś lokalne wynalazki okupują zimne miejsca).

Mobilnego Internetu też raczej się nie uświadczy - oprócz Helu, gdzie co chwilę atakują nas bannery i bilboardy z reklamami Wirtualnej Polski, z tym, że akurat wtedy nie miałem przy sobie laptopa... No cóż - Plus GSM też widać musi zarobić na swoim GPRS.

Jeśli natomiast chodzi o same warunki kwaterunkowo-odpoczynkowe to J.E. Małżonka miejscówkę wybrała znakomitą - na solidnym uboczu Jastrzębiej Góry, zaraz przy lasku, z placem zabaw wyposażonym w zjeżdzalnię, trampolinę, PRAWDZIWY STATEK PIRACKI (wedle relacji Juniora) i furę zabawek. Do plaży (dla niezmotoryzowanych duży minus) jest ok. 20 minutek piechotką lub kilka sekund naszym Cosworthem - ogólnie fajowsko, cisza i spokój. Nie budzi nas o 7:00 wielkomiejski gwar, ani tym bardziej o 5:00 tabuny rozentuzjazmowanej młodzieży wracającej z night clubów.

Co do samochodów to niestety jest wielka tragedia. Polak samochodem stoi w całym, szerokim rozumieniu tego słowa. Aby przejechać kilka kilometrów z Jastrzębiej Góry do Władysławowa trzeba sobie zarezerwować minimum pół godziny - korek zaczyna się już w Rozewiu! Aby zwiększyć dramaturgię opisu dodam, że z Jastrzębiej Góry na Hel (polecam genialne Muzeum Obrony Wybrzeża) podróżowaliśmy samochodem półtorej godziny! Tym, którzy wybierają miejsce do parkowania (gdziekolwiek w tym rejonie) polecam zorganizowane parkingi, na których zawsze ktoś pełni dyżur - zapłacicie, ale ominie Was taka atrakcja, jaką mieliśmy wczoraj - otóż ordynarnie nas zastawiono z wszystkich stron, mimo, że przed nami była koperta z zakazem parkowania, a za nami w bezpiecznej odległości stał inny samochód - po powrocie z plaży koperta była zastawiona, a przy naszym tylnym zderzaku na odległość żyletki stał (nie pozdrawiam) dumny posiadacz srebrnego Punto.

Konynuując temat samochodów to jednak nasz naród trochę kasy posiada, w ciągu kilku dni widziałem 2 sztuki Porsche Carrera, Testarossę, a Hummerów i różnego typu aut z segmentu CC to już nawet nie liczyłem.

Kontakt

Jeśli koniecznie chcesz się ze mną skontaktować...

  • Jabber: delyra@jabber.wp.pl
  • GG: 765628
  • e-mail: daniel.kozminski@gmail.com
  • tel: +48605650809