Easter egg

Tak, jak wczoraj pisałem nie ma co oceniać gry po pierwszej misji - na początku było dosyć średnio, a później powoli akcja się rozkręca. W drugiej misji Mortyra 3 uderzamy na stację kolejową zajętą przez niemiecki garnizon w celu wysadzenia mostu, przez który będzie wkrótce przejeżdżać transport broni i czołgów.

Niezwykle mnie ucieszyła sceneria niemalże wyjęta ze starych międzywojennych pocztówek. Od razu widać, że to Polska - jaki by nie był silnik napędzający grę to twórcy poziomów doskonale spełnili swoje zadanie. Przy okazji przeskakując przez "zaparkowane" na stacji wagony udało mi się podejść blisko do budynku z poczekalnią żeby zobaczyć w jakim mieście toczy się akcja... I oto co zobaczyłem:

Mortyr 3
Kliknij w obrazek aby powiększyć

Po przebiciu się przez stację docieramy do właściwego celu naszej akcji dywersyjnej czyli mostu, który po oczyszczeniu z wartowników otulamy szczelnie materiałami wybuchowymi, czas więc na ucieczkę - ale nie ma tak łatwo, wcześniej musimy jeszcze odeprzeć atak samolotów, które zaalarmowane nieudolnością garnizonu strzegącego słynnego peronu lecą z odsieczą uratować most. Szczęśliwym trafem na moście zainstalowany jest całkiem sprawny karabin maszynowy z pomocą którego rozpędzamy całą eskadrę. Uff, misję kończy cut-scenka z transportem czołgów spadającym do rzeki po wysadzeniu mostu.

Jak napisałem już powyżej drugi epizod jest o wiele lepszy niż nudne przedzieranie się do obozu partyzantów na początku gry. Ja natomiast dalej czekam na dywersje w Warszawie - następna misja to sabotaż w fabryce czołgów pod Płockiem. Ku chwale ojczyzny!

Pierwsze koty za płoty

Wczoraj ukończyłem Ubersoldiera - jednak przechodzenie gry po raz kolejny to nie to samo, jest zdecydowanie łatwiej, chociaż przyjemność pozostaje niemalże ta sama. Po prostu miast rozwiązywać zadania - po prostu pamiętamy jak to zrobić z poprzedniej sesji, mimo, że odbywała się ona 2 lata temu. Pamiętam kilka momentów w grze, kiedy to potrafiłem spędzić kilka godzin nad przejściem określonego etapu - chociażby walka z końcowym "Ubersoldierem" - teraz przeszły niemal od ręki.

Kolejny w szeregu jest Mortyr 3, trzeba bowiem popierać polskie produkcje, szczególnie te, które wnoszą coś nowego - tak miało być. Trzecia część przygód Sebastiana Mortyra ma podtytuł "Akcje dywersyjne" - zapowiadało się ciekawie, na okładce stoi napisane:

"Wspomóż polski ruch oporu! Weź udział w najbardziej brawurowych akcjach dywersyjno-sabotażowych: walcz w okupowanej Warszawie. Wysadzaj mosty i napadaj na niemieckie konwoje"

Whoa, partyzantem fajnie być, poza tym takiej zabawy jeszcze nie mieliśmy, dodając fakt, że gra kosztowała zaledwie 19,99 polskich nowych złotych zapowiadało się całkiem nieźle... Ale miłe złego początki. Otóż pierwsza niespodzianka spotkała mnie już w menu, kiedy to okazało się, że do wyboru są raptem DWIE rozdzielczości: 1024x768 i 1280x960 - żadna z nich nie jest natywną mojego monitora. Według mnie to poważna wpadka, szczególnie, że LCD 17" to chyba najbardziej rozpowszechnione modele na rynku, a obecnie trend kieruje się w stronę paneli panoramicznych - posiadacze tychże będą w kompletnej kropce. Trudno.

Pierwsza misja polegała na dotarciu ze strefy zrzutu (docieramy do okupowanej Polski z Wielkiej Brytanii samolotem i wyskakujemy ze spadochronem) do wsi, w której czekają nas partyzanci. Niestety podstawiona po nas ciężarówka zostaje ostrzelana przez niemiecki pościg i będziemy zmuszeni pokonać spory kawałek na piechotę - na dodatek tylko z pistoletem. No właśnie - na piechotę. Otóż nasz bohater rusza się jak, nie przyrównując, mucha w smole - i to bardzo gęstej, może kiedy gra będzie (o ile) się toczyć w budynkach nie będzie to takie widoczne, ale na otwartych przestrzeniach razi to mnie strasznie. Jeśli mówimy już o przestrzeniach to rewelacji w grafice do tej pory nie uświadczyłem - w sumie nie ma się co dziwić ponieważ Mortyr 3 jest zbudowany na silniku Chrome, który to do najnowszych zdobyczy techniki już nie należy. Głupio jednak wygląda sytuacja kiedy to czołgamy się przez płaskie bitmapy udające trawę i kwiatki - szczególnie w 2007 roku, kiedy to Techland (właściciel Chrome) ma znacznie lepszy silnik, ten wykorzystany w Call of Juarez. Może po prostu był za drogi dla twórców Mortyra?

No i jest trudno, powiedziałbym nawet, że bardzo trudno - niemieccy żołnierze strzelają bowiem z zegarmistrzowską precyzją i wydaje mi się, że nie ma specjalnej różnicy dla nich czy kucamy, leżymy względnie biegniemy zygzakiem dodatkowo skacząc - trafiają niemal zawsze, a apteczek nie ma wiele

Zobaczymy jak będzie dalej. Pierwsze koty za płoty - czekam na etapy w Warszawie!

Pożegnanie lata

Wczoraj w przedszkolu u Juniora odbywała się spora impra z okazji pożegnania lata, nawiasem mówiąc w tym wieku do imprez jeszcze są potrzebne okazje - co za przeżytek, nieprawdaż? Na początek przewidziany był występ z piosenkami wykonywanymi przez przedszkolaków, a później poczęstunek przy ognisku dla wszystkich zgromadzonych rodziców - podobno szaszłyki z owoców przygotowywały same dzieci. Oprócz tego obowiązkowa kiełbaska pieczona oraz herbata z wielkich kubłów.

Otóż Junior jak zwykle postanowił nie brać udziału w śpiewach tylko od początku pilnował ogniska, żeby przypadkiem nie zgasło, ani żeby nikt nie zajął nam najlepszego miejsca - śpiewać to On woli, jak przyznał, samemu sobie, a nie na pokaz. I tu ciekawa sprawa, wyobraźcie sobie, że możecie pilnować dziecko patrząc na nie przez kilka godzin non-stop, a wystarczy na sekundę odwrócić głowę i w tej właśnie sekundzie, jednej z kilkunastu tysięcy, dziecko się wywróci - tak też było wtedy. Wystarczyło, że rozejrzałem się gdzie małżonka - odwracam się, a Junior leży... To tak dla "nierodziców" - osoby cieszące się dziećmi mają to z pewnością codziennie.

Dla chętnych tutaj jest kawałek występu dzieci z przedszkola w Radomiu, oraz fragment pieczenia kiełbasek.

Jeśli chodzi o pozostałe rozrywki to nadrobiłem zaległości w Ubersoldierze powstałe przez wypadek, o którym pisałem ostatnio i całkiem sprawnie posuwam się do przodu - nawet pamiętam niektóre rozwiązania, które pomogły mi przejść tą grę, w sumie ładny czas temu. Szczerze mówiąc, to według mnie Nadżołnierz wcale się nie zestarzał - gra się cały czas bardzo przyjemnie i nawet grafika, w czasach Bioshocka i innych cudów na X360 nie odstrasza. Jedyna rzecz, na którą zwróciłem uwagę już podczas pierwszej przygody to fatalna "gra" aktorów (a może to sami programiści podkładają głosy?), którzy użyczyli swoich głosów bohaterom Ubersoldiera. Tragicznie bowiem wygląda sytuacja, kiedy właśnie zabiliśmy załogę niemieckiego U-boota, jesteśmy na pełnym morzu i atakuje nas kilka niszczycieli, a Karl Stolz (nasz ponadczłowiek) spokojnym, wręcz brzmiącym jak świeżo obudzony, głosem kontaktuje się w sprawie posiłków z aliancką grupą ratunkową...

Dramat w jednym akcie

Wielka kotwica w plecy dla odpowiadających za tworzenie (niektórych) gier - a o co chodzi? Otóż tak, jak to powinno być, Junior jest posiadaczem własnego konta na mojej maszynie, konto oczywiście jest z ograniczeniami - nie można nic instalować, na Firefoksie jest zdefiniowana lista stron, które może odwiedzać z ikonkami na toolbarze (bo Junior jeszcze czytać nie potrafi, ale we flashowe zabawy jest mistrzem).

Problem powstał kilka dni temu, kiedy po raz kolejny zainstalowałem SOBIE Ubersoldiera, aby przypomnieć sobie, jak to fajnie jest wykorzystywać przewagę nad hitlerowcami w postaci tarczy czasowej. Otóż po powrocie z pracy uruchamiam grę i... nagle zniknęły moje zapisane stany gry... No dramat, ze dwa dni grania poszło w tak zwane, przysłowiowe cztery litery. Jako, że komputer i system mam uczciwie pielęgnowany więc żadne samoczynne sztuczki magiczne nie wchodziły w grę to podejrzenie padło na moją głupotę, że pewnie zapomniałem się wylogować i Junior sobie pohasał po moim pulpicie, a że nie znając gry po prostu zamiast LOAD nacisnął DELETE. Krótka rozmowa z następcą tronu wyjaśniła sprawę... Otóż programiści nie przewidzieli, że istnieją komputery pracujące pod Windows, które są użytkowane przez kilka osób - program instalacyjny nawet nie raczył się spytać czy ma grę uczynić dostępną dla wszystkich użytkowników maszyny, po prostu dodał sobie skróty na pulpicie dla wszystkich kont (nie ominął nawet konta mojej szanownej małżonki), a folder ze stanami gier uczynił dostępnym dla wszystkich lokalnych użytkowników... Efekty już znacie.

Co do samego Ubersoldiera to wcale nie widać po nim specjalnie zęba czasu, pomysł z ulepszeniem żołnierza o osobistą tarczę czasową według mnie był bardzo fajny i gra też się bardzo miło - szczególnie polecam wpadnięcie do jakiejś większej sali wypełnionej wrażymi wojakami z uruchomioną tarczą. Wszyscy walą z czego popadnie, a kule zatrzymują się na tarczy - wyłączamy ją i pociski wracają do właścicieli, w ten sposób możemy załatwić garnizon SS bez jednego wystrzału. Polecam.

Ciężki tydzień

To już koniec. Po miesiącu przygody z Painkillerem udało mi się ukończyć grę wraz z dodatkiem Battle Out of Hell czas więc na podsumowanie i kilka refleksji.

Gra ta doskonale nadaje się na odreagowanie od codziennego życia, hordy wrogów nacierające na nas z zewsząd eksterminowane za pomocą szerokiego arsenału broni powodują powstawanie przyjemnego, szerokiego banana na twarzy. Nic tak nie poprawia humoru jak rozpłatanie wielkiego madafakera na kilkanaście części kilkoma celnymi salwami z kilkolufowego shotguna, nic nie polepszy nam samopoczucia tak, jak zdjęcie kąsającego potwora z dalekiej skały wyrzutnią drewnianych kołków zaopatrzoną w snajperską lunetę. I nic tak nie oderwie nas od codziennych kłopotów jak wysłanie naprzeciw pędzących wrażych kolumn serii kilku rakiet z podręcznej wyrzutni. Polecam.

Teraz mam zamiar po raz kolejny zagrać w Ubersoldiera (nie wiem czemu ta gra nie zdobyła popularności), a potem coś wybierzemy z półki w sklepie, a może po prostu poczekamy na pojawienie się w sklepach FIFA 08, premiera już za tydzień. Znając jednak siebie to ponowne przejście Ubersoldiera zajmie mi więcej niż tydzień - jakoś nie mam ostatnio czasu w ciągu tygodnia żeby usiąść i porządnie pograć - dlatego też Painkiller zajął mi ponad miesiąc.

Z tematów niegrywalnych dodam, że kilka dni temu uprzejmy pan z obsługi stacji Orlenu na ul. Żółkiewskiego przy "Kerfurze" w Radomiu usiłował wlać ropę do mojego Coswortha i strasznie się dziwił, że wlot od pistoletu coś nie pasuje - ale naciskał sprawnie i 0,7 litra udało mu się nalać zanim mu wyrwałem wąż z ręki. Nie pozdrawiam i nie polecam tej stacji, a czytającym radzę zgłaszać pracownikom stacji benzynowych, że sami sobie nalejecie. Łaski bez.

Perły z lamusa

Od dziś mam zamiar na swoim blogasku publikować przedruki z bardzo starej (czasem starszej niż, podejrzewam, spora część joggerowiczów) prasy komputerowej ilustrujące rzeczy, które w tych czasach były hipernowością, a dziś jest to codzienność bez której czasami nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić rzeczywistości. Na początek będą to karty Compact Flash i taki news (źródło: Bajtek, lata 90-te).

Compact Flash
Kliknij w obrazek, aby powiększyć

Fascynujące, prawda? Zauważcie, że redaktorzy piszący tą informacje przewidywali zastosowanie popularnych ceefek w postaci pamięci operacyjnej, a nie jak to się później przyjęło - masowej. Kto zresztą w tych czasach myślał, że w niektórych przypadkach karty Compact Flash zastąpią twarde dyski i osiągną pojemności rzędu gigabajtów...

Lucyfer is dead

Wreszcie korzystając z wolnego czasu i weekendu (który niestety zbliża się do końca) udało mi się ukończyć Painkillera. Lucyfer padł już po kilku podejściach i "podstawkę" można uznać za "odfajkowaną", teraz dodatek - Battle Out of Hell.

Pierwsze dwa etapy dodatku mam już za sobą i muszę przyznać, że spodziewałem się, jak to często w dodatkach bywa, odgrzewanych kotletów i powielania tego, co widzieliśmy w podstawowej części zmagań. W tym miejscu chciałbym pogratulować designerom poziomów ponieważ jest dobrze, a nawet bardzo dobrze - wesołe (hmm) miasteczko wgniata w fotel, a podróż rollercoasterem i strzelanie podczas jazdy na tyle mnie zafascynowało, że zagrałem sobie w ten etap kilka razy, świetny pomysł.

Wyszukując powoli kolejną grę, która zajmie mi wolny czas przeglądałem dziś strony z recenzjami i wersjami demo gier. Bardzo mnie ucieszyła informacja, że jest już demo drugiej części Ubersoldiera - gry raczej mało popularnej (a szkoda, bo to zacny tytuł i grało się bardzo przyjemnie) pewnie przez słabą reklamę - i właśnie ściągam wersję demo. I tu jedna uwaga. Do tego, że wersje demo rzadką zajmują mniej niż 0,5 GB zdążyłem się już przyzwyczaić, ale nie dość, że na każdym serwisie oferującym pobieranie dem trzeba się przebić przez tony reklam i czekać po pół godziny w kolejce na wolny slot, to jeszcze transfer jest jak krew z nosa. Czy znacie może jakieś alternatywne, nieoblegane serwisy, może FTP, z których bezboleśnie i szybko można ściągać nowe dema gier?

W tej chwili, jako następny cel ustawiam coś z tej listy: Xpand Rally Extreme, Medal of Honor: Airborne, Bioshock. Zobaczymy.

Pracowicie jak mróweczka

Weekend w mordę jeża - podobno służy do odpoczywania... Wstałem dziś o barbarzyńskiej godzinie, której w sobotę nie powinno wcale być czyli o 7:00, szybkie odświeżenie i w samochód ze znajomymi do mechanika - Cosworth potrzebuje bowiem nowych amortyzatorów. Kilka stówek przy okazji opuści ciepłe i przytulne miejsce w portfelu, co zrobić.

Później szybkie pranie ponieważ kosz na noszone ubrania i bieliznę powoli zaczynał się kończyć - powinni jakieś większe te pojemniki robić. Z praniem ogólnie zaczyna się robić mały problem gdyż czasy słońca i ciepła na balkonie powoli się kończą, tak to się wrzuciło do pralki i po godzinie wiszenia na balkonie można było prasować i było z głowy. A teraz? W domu rzeczy schną czasem i po półtora dnia, a miejsca do wywieszania też nie ma za wiele - któż by chciał żeby mu w pokoju stała suszarka i zajmowała kawał mieszkania. Nie lubię jesieni, a zimy to już w ogóle.

Od momentu, kiedy jedna z kości pamięci w moim komputerze przestała biegać z wyśrubowanymi timingami to "cierpię" z powodu zbyt małego komfortu pracy, niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić jak wielka jest różnica pomiędzy 768 MB, a 1 GB - niby tylko 256 MB, ale przy pracy z jednocześnie zalogowanymi kilkoma użytkownikami, z których każdy ma uruchomione tysiąc aplikacji... A co tam tysiąc, sam Firefox potrafi zeżreć ponad 100 MB pamięci - przełączanie z jednego użytkownika, na drugiego zajmuje kilka ładnych sekund - system musi podnieść z pliku wymiany całkiem sporo nieużywanych przez pewien czas danych. Jako taki komfort zaczyna się dopiero właśnie przy 1 GB, oczywiście dla jednego użytkownika. Cóż, kolejny wydatek.

Ciąg dalszy, ale na horyzoncie weekend

Ależ ten tydzień leci, dopiero co zakończył się poważnie zabiegany weekend, a tu już zbliża się następny. Praca, praca i jeszcze raz praca. Wracam do domu - znowu przygniatają mnie obowiązki. Dramat z tragedią - w weekend leżę do góry wentylem i będę "robił nic" oraz oglądał zaległe filmy z półki, m.in. czeka na mnie ultraklasyk dla fanów gatunku: Evil Dead 2 (i wszystko wiadomo).

Dziś na wszelkich stronach z wiadomościami, które podglądam wielkimi wołami jest napisane, że każdy może sobie w łatwy sposób (bez lutowania, bez antycznych kart SIM itp.) odblokować iPhone i to do tego stopnia, że działa w polskich sieciach komórkowych ;) Przy obecnej cenie wynoszącej $399 iPhone staje się całkiem przyjemnym gadżetem i kto wie, czy moją kolejną komórką nie będzie właśnie produkt Apple. Może niedługo skończy się śrubowanie cen przez prywatnych importerów korzystających z małej konkurencji i "świeżości" produktu - wtedy będę sobie mógł pozwolić na własny lans. Co prawda miałem na oku Mio A701 czyli palmtop z GPS i GSM, który pod względem parametrów i ceny, a przede wszystkim opinii użytkowników był na pierwszym miejscu "małej wishlisty", ale po obmacaniu dokładnie, własnoręcznie, doszedłem do wniosku, że jak na komórkę to jest raczej za duży, a jak na GPS to ma za mały ekran...

No i grania też nie było, mimo, że dziś obiecałem Juniorowi iż pogramy... No nie mam czasu, chociażbym bardzo chciał. No ale kiedy tu grać kiedy wraca się z pracy o 16:00, potem obiad, chwila odpoczynku i już jest 16:30, potem spacer z Juniorem (po drodze zakupy), potem sprzątanie i mamy 19:00. No to pół godzinki leczniczo i dla podtrzymania kondycji jazdy na rowerku, kąpiel i słanie łóżka dla Juniora i jest przed 22... Czas się więc zbierać do spania.

Marazm

Weekend minął tak szybko, że nawet niespecjalnie było kiedy usiąść i coś napisać. W sobotę byliśmy w Piastowie w odwiedzinach u moich starych, no i przy okazji Junior zażyczył sobie, że zostanie sobie u dziadków - na tydzień. W drodze powrotnej trochę się poprzepychaliśmy z dzikim, nieokiełznanym tłumem w IKEA i wróciliśmy, poprzez grilla u szwagra do domu akurat na mecz.

Po drodze, będąc w Jankach zakupiłem sobie najbardziej pechowy film na świecie - Equilibrium. Dlaczego pechowy? Otóż był nadawany w telewizji chyba ze dwa razy, pierwszy raz przegapiłem, za drugim razem byłem tak zmęczony, że zasnąłem na napisach. Później zauważyłem go na półce u kumpla i odłożyłem sobie, żeby pożyczyć i wreszcie obejrzeć - zapomniałem zabrać, a znajomy mieszka 100 km ode mnie. Wreszcie kupiłem... i oglądałem na trzy raty, najpierw zadzwonił mój ojciec, że Junior chce kategorycznie do domu, bo mu się nudzi i zaraz go przywiezie... później musieliśmy wychodzić na zebranie do przedszkola, następnie, wreszcie dziś go skończyłem. Film wybitny bez dwóch zdań, świetna rola Christiana Bale, polecam szczególnie.

Jakoś w tym tygodniu po powrocie z pracy nie mam nawet ochoty na granie, jedynie jakieś krótkie pojedynki z Juniorem w Kasumi Ninja... Jesień widać nadchodzi i cżłowieka ogarnia ogólny marazm.

Genialne trailery

Nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem Simpsonów, może również dlatego, że nie miałem okazji oglądać tego serialu regularnie. Tymczasem niedawno weszła na ekrany pełnometrażowa wersja Żółtego Świata i, jak można się było spodziewać, za momencik ukaże się gra na pecety i wszelkie możliwe konsole. Gra, obym się mylił, pewnie będzie średnia (jak większość gier "żerujących" na popularności pierwowzoru) i nie wniesie nic nowego na nasze maszynki do grania.

Ale jest jedna rzecz, która już przed oficjalnym pojawieniem się pudełek na sklepowych półkach sprawi, że gra będzie zapamiętana - są to naprawdę bardzo udane trailery* i kampania promocyjna parodiująca inne tytuły. Szczególnie polecam trailer o intrygującej nazwie Medal of Homer oraz końcówkę zwiastuna z E3, gdzie na końcu (jak zwykle ultrapoważny) lektor oznajmia: "Coming this fall on every consoles... ever made".

The Simpsons Game

Gratuluję specom od reklamy EA, ponieważ teraz naprawdę jest bardzo ciężko wymyślić coś oryginalnego, coś co może uratować (obym się mylił po raz drugi) prawdopodobnie grę, która by zginęła w gąszczu innych.

* Od czasu Rayman Raving Rabbids 2

Nowe zabawki

Wczoraj poczta przyniosła mi najprawdziwsze, co prawda już nieważne, ale za to jakie piękne certyfikaty akcji dawnego Atari Inc. Format zbliżony do A4, ładne i kolorowe - w sam raz do oprawienia w ramki i powieszenia na zaszczytnym miejscu (czyt. ścianie). Dodatkowo w tej samej kopercie (o niej będzie później) overlay na pada i manual do gry Hover Strike - co prawda gra już dawno została przeze mnie rozgryziona "co i jak", ale teraz będzie przyjemniej. Overlaye to jeden z niewielu dobrych pomysłów przy projektowaniu Jaguara, małe, proste - a cieszy.

Dodatkowo dziś przyszedł drugi pad do Kociaka - teraz będziemy mogli z Juniorem i znajomymi zbiorowo uprawiać granie np. w Tempesta 2000. Miód, piwo i orzeszki, jako że pady jest dosyć ciężko kupić w Polsce - ciesze się podwójnie.

Miało być jeszcze o kopercie... Polecam wszystkim zdecydowane oklejanie wszelkich rogów i zagięć na kopertach taśmą samoprzylepną - co druga koperta (jeśli to akurat "bąbelkowa" to jeszcze pół biedy) przychodzi do mnie z dziurami, poprzecierana i ogólnie wyglądająca na taką, którą przed chwilą wyciągnięto psu z gardła. Ta, która przyszła wczoraj była tak naderwana, że sam się zdziwiłem, że zawartość nie wypadła po drodze. Oczywiście, po raz n-ty złożyłem reklamację ze świętym przekonaniem, że to nic nie zmieni - do tej pory oczywiście jeszcze nie zmieniło, ale zawsze lepiej mi się nieco robi, kiedy gdzieś tam (nawet jeśli tylko na lokalnej poczcie) wiedzą, że komuś to się nie podoba - a klient płaci i wymaga.

Pełna profeska

Dziś przeglądając stronę główną Joggera w poszukiwaniu ciekawych wpisów publikowanych przez społeczność na poziomie 0 zauważyłem taki oto sponsorowany boks.

Nic tak nie przyciąga klientów jak pełen profesjonalizm "bijący" już z reklamy... Ja chyba bym nie skorzystał z ich usług, mimo, że "Szybko i pewnie". Zastanawia mnie fakt, czy nikt nie czyta zawartości przed opublikowaniem - reklama bowiem dźwignią handlu.

No i (prawie) wykrakali

Wczoraj siedziałem sobie w pracy i błogie kodowanie w Visual Basic przerwała mi melodia z dema Odd Stuff, którą mam ustawioną w telefonie, jako dzwonek dla tych, których znam - dzwoniła żona, żeby mi się pochwalić, że w drodze do pracy złapała gumę... Od razu zaczęło się paniczne poszukiwanie kogoś, kto by pomógł małżonce w wymianie koła na zapas i szybkie dojechanie do pracy - niestety się nie udało i samochód trzeba było zostawić na krawężniku ponieważ ja akurat byłem sam w pracy i wyskoczenie na chwilę i podmianka kółka nie wchodziła w rachubę... A nuż będzie jakaś robota "na_za_10_minut". Koniec końców udało mi się dodzwonić do kumpla, który akurat ma wolny zawód i obiecał, że podjedzie jak żona skończy pracę (koło 12:00).

No i pamienili, podjechali od razu do wulkanizacji żeby załatać. Okazało się, że dziurki nie było, ale był uszkodzony wentyl, co spowodowało schudnięcie portfela o zaledwie 15 Polskich Nowych Złotych. Normalnie komentujący poprzedni wpis prawie wykrakali...

Z rzeczy przyjemniejszych mogę napisać, że kończę "podstawkę" do Painkillera - jestem już na walce z Lucyferem we własnej osobie, jest ciężko - wielki to madafaker, poza tym do pomocy ma całą zgraję truposzy, którzy ciągle się spawnują obok naszego bohatera i prą naprzód jak Lemingi. Damy radę.

Poza tym do końca tygodnia nie ma mnie w pracy ponieważ uczestniczę w czterodniowym szkoleniu z Visual Basica .NET, który to miał być kursem dla zaawansowanych, niestety okazało się, że grupa jest bardzo nierówna i prowadzący musiał przez cały dzisiejszy dzień opowiadać o podstawach aby niektórzy mogli złapać charakterystykę VB i pozbyć się naleciałości z dziwnych wynalazków typu C++ czy też Pythonów i PHP ;) Jako kolejny plus dodam, że "w bundlu" z kursem dostaliśmy całkiem ciekawe (tak wynika z pobieżnego przekartkowania) książki, oczywiście made in Helion, książki o Visual Basic .NET. Prowadzący widać, że zna się na rzeczy i nie udało się nikomu jeszcze go zagiąć, tak więc jest bardzo w porządku i liczę na solidne pogłębienie wiedzy. A tak na marginesie, czy ktoś z czytających tego blogasa spotkał się z wymową SQL - "sikłel" (jak sequel)? Prowadzący używa takiej wymowy, ja muszę się przyznać, że pierwszy raz słyszę.

Weekend ze zderzeniem

Wczoraj mieliśmy z rodziną ostro spacerowy dzień - a wcale tak miało nie być. Otóż na Air Show wybraliśmy się samochodem, tak aby zaoszczędzić trochę podeszwy na zwiedzanie lotniska i podziwianie samolotów. Niestety okazało się, że parkingi były wyznaczone tak daleko od lotniska (i to jeszcze po 10 złotych!), że postanowiliśmy zawrócić i zaparkować obok szwagierki, która mieszka mniej więcej w takiej samej odległości od imprezy jak wyznaczone miejsca do zostawiania samochodów - zawsze jakaś oszczędność.

Air Show, jak to wielka impreza - spęd ludzi straszliwy, idąc w kierunku kas widziałem rejestracje samochód z niemal całej Polski, w sumie nie ma się co dziwić takich pokazów nie ma zbyt często, a amatorów lotnictwa jest sporo. Organizacja niestety chyba przerosła gospodarzy ponieważ do przenośnych kibelków kolejki były najmniej kilkunastominutowe, a na żarcie trzeba było czekać momentami jeszcze dłużej. Nie wspomnę nawet o tym, że dzieci aby dostać się na kilka wielkich zjeżdżalni również były skazane na stanie w kilkudziesięciometrowych kolejkach po bilety, nam akurat się trafiła zabawna sytuacja polegająca na tym, że gdy dotarliśmy po sporym czekaniu do stolika z biletami - okazało się, że musimy poczekać ponieważ zabrakło biletów i Pan obsługujący kasę poszedł "dodrukować". A była to gdzieś dopiero 13:00.

Z całej wystawy mi najbardziej podobała się pozorowana walka Migów 29, oprócz tego co najmniej efektowne były przeloty Mi-24, huku było co niemiara. Co ciekawe, nie udało nam się na własne oczy zobaczyć zderzenia dwóch samolotów z grupy Żelazny - wiadomość o tym fakcie, dotarła do nas w momencie zatrzymania się w drodze powrotnej w barze. No cóż, takie wypadki się zdarzają i osobiście bardziej mnie uderzyła informacja o natychmiastowym ogłoszeniu kilkudniowej żałoby w mieście...

Z ciekawostek dodam, że udało się nam niepostrzeżenie pokonać barierki oddzielające gapiów od wystawy i wrzucić Juniora za stery Mi-24 oraz do przedziału dla desantu, młody był w siódmym niebie siłując się z drążkiem w potężnym śmigłowcu.

Wszystkie zdjęcia można obejrzeć na moim kawałku Picasy.

Kontakt

Jeśli koniecznie chcesz się ze mną skontaktować...

  • Jabber: delyra@jabber.wp.pl
  • GG: 765628
  • e-mail: daniel.kozminski@gmail.com
  • tel: +48605650809