Ciężki tydzień

To już koniec. Po miesiącu przygody z Painkillerem udało mi się ukończyć grę wraz z dodatkiem Battle Out of Hell czas więc na podsumowanie i kilka refleksji.

Gra ta doskonale nadaje się na odreagowanie od codziennego życia, hordy wrogów nacierające na nas z zewsząd eksterminowane za pomocą szerokiego arsenału broni powodują powstawanie przyjemnego, szerokiego banana na twarzy. Nic tak nie poprawia humoru jak rozpłatanie wielkiego madafakera na kilkanaście części kilkoma celnymi salwami z kilkolufowego shotguna, nic nie polepszy nam samopoczucia tak, jak zdjęcie kąsającego potwora z dalekiej skały wyrzutnią drewnianych kołków zaopatrzoną w snajperską lunetę. I nic tak nie oderwie nas od codziennych kłopotów jak wysłanie naprzeciw pędzących wrażych kolumn serii kilku rakiet z podręcznej wyrzutni. Polecam.

Teraz mam zamiar po raz kolejny zagrać w Ubersoldiera (nie wiem czemu ta gra nie zdobyła popularności), a potem coś wybierzemy z półki w sklepie, a może po prostu poczekamy na pojawienie się w sklepach FIFA 08, premiera już za tydzień. Znając jednak siebie to ponowne przejście Ubersoldiera zajmie mi więcej niż tydzień - jakoś nie mam ostatnio czasu w ciągu tygodnia żeby usiąść i porządnie pograć - dlatego też Painkiller zajął mi ponad miesiąc.

Z tematów niegrywalnych dodam, że kilka dni temu uprzejmy pan z obsługi stacji Orlenu na ul. Żółkiewskiego przy "Kerfurze" w Radomiu usiłował wlać ropę do mojego Coswortha i strasznie się dziwił, że wlot od pistoletu coś nie pasuje - ale naciskał sprawnie i 0,7 litra udało mu się nalać zanim mu wyrwałem wąż z ręki. Nie pozdrawiam i nie polecam tej stacji, a czytającym radzę zgłaszać pracownikom stacji benzynowych, że sami sobie nalejecie. Łaski bez.

Pracowicie jak mróweczka

Weekend w mordę jeża - podobno służy do odpoczywania... Wstałem dziś o barbarzyńskiej godzinie, której w sobotę nie powinno wcale być czyli o 7:00, szybkie odświeżenie i w samochód ze znajomymi do mechanika - Cosworth potrzebuje bowiem nowych amortyzatorów. Kilka stówek przy okazji opuści ciepłe i przytulne miejsce w portfelu, co zrobić.

Później szybkie pranie ponieważ kosz na noszone ubrania i bieliznę powoli zaczynał się kończyć - powinni jakieś większe te pojemniki robić. Z praniem ogólnie zaczyna się robić mały problem gdyż czasy słońca i ciepła na balkonie powoli się kończą, tak to się wrzuciło do pralki i po godzinie wiszenia na balkonie można było prasować i było z głowy. A teraz? W domu rzeczy schną czasem i po półtora dnia, a miejsca do wywieszania też nie ma za wiele - któż by chciał żeby mu w pokoju stała suszarka i zajmowała kawał mieszkania. Nie lubię jesieni, a zimy to już w ogóle.

Od momentu, kiedy jedna z kości pamięci w moim komputerze przestała biegać z wyśrubowanymi timingami to "cierpię" z powodu zbyt małego komfortu pracy, niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić jak wielka jest różnica pomiędzy 768 MB, a 1 GB - niby tylko 256 MB, ale przy pracy z jednocześnie zalogowanymi kilkoma użytkownikami, z których każdy ma uruchomione tysiąc aplikacji... A co tam tysiąc, sam Firefox potrafi zeżreć ponad 100 MB pamięci - przełączanie z jednego użytkownika, na drugiego zajmuje kilka ładnych sekund - system musi podnieść z pliku wymiany całkiem sporo nieużywanych przez pewien czas danych. Jako taki komfort zaczyna się dopiero właśnie przy 1 GB, oczywiście dla jednego użytkownika. Cóż, kolejny wydatek.

Ciąg dalszy, ale na horyzoncie weekend

Ależ ten tydzień leci, dopiero co zakończył się poważnie zabiegany weekend, a tu już zbliża się następny. Praca, praca i jeszcze raz praca. Wracam do domu - znowu przygniatają mnie obowiązki. Dramat z tragedią - w weekend leżę do góry wentylem i będę "robił nic" oraz oglądał zaległe filmy z półki, m.in. czeka na mnie ultraklasyk dla fanów gatunku: Evil Dead 2 (i wszystko wiadomo).

Dziś na wszelkich stronach z wiadomościami, które podglądam wielkimi wołami jest napisane, że każdy może sobie w łatwy sposób (bez lutowania, bez antycznych kart SIM itp.) odblokować iPhone i to do tego stopnia, że działa w polskich sieciach komórkowych ;) Przy obecnej cenie wynoszącej $399 iPhone staje się całkiem przyjemnym gadżetem i kto wie, czy moją kolejną komórką nie będzie właśnie produkt Apple. Może niedługo skończy się śrubowanie cen przez prywatnych importerów korzystających z małej konkurencji i "świeżości" produktu - wtedy będę sobie mógł pozwolić na własny lans. Co prawda miałem na oku Mio A701 czyli palmtop z GPS i GSM, który pod względem parametrów i ceny, a przede wszystkim opinii użytkowników był na pierwszym miejscu "małej wishlisty", ale po obmacaniu dokładnie, własnoręcznie, doszedłem do wniosku, że jak na komórkę to jest raczej za duży, a jak na GPS to ma za mały ekran...

No i grania też nie było, mimo, że dziś obiecałem Juniorowi iż pogramy... No nie mam czasu, chociażbym bardzo chciał. No ale kiedy tu grać kiedy wraca się z pracy o 16:00, potem obiad, chwila odpoczynku i już jest 16:30, potem spacer z Juniorem (po drodze zakupy), potem sprzątanie i mamy 19:00. No to pół godzinki leczniczo i dla podtrzymania kondycji jazdy na rowerku, kąpiel i słanie łóżka dla Juniora i jest przed 22... Czas się więc zbierać do spania.

Marazm

Weekend minął tak szybko, że nawet niespecjalnie było kiedy usiąść i coś napisać. W sobotę byliśmy w Piastowie w odwiedzinach u moich starych, no i przy okazji Junior zażyczył sobie, że zostanie sobie u dziadków - na tydzień. W drodze powrotnej trochę się poprzepychaliśmy z dzikim, nieokiełznanym tłumem w IKEA i wróciliśmy, poprzez grilla u szwagra do domu akurat na mecz.

Po drodze, będąc w Jankach zakupiłem sobie najbardziej pechowy film na świecie - Equilibrium. Dlaczego pechowy? Otóż był nadawany w telewizji chyba ze dwa razy, pierwszy raz przegapiłem, za drugim razem byłem tak zmęczony, że zasnąłem na napisach. Później zauważyłem go na półce u kumpla i odłożyłem sobie, żeby pożyczyć i wreszcie obejrzeć - zapomniałem zabrać, a znajomy mieszka 100 km ode mnie. Wreszcie kupiłem... i oglądałem na trzy raty, najpierw zadzwonił mój ojciec, że Junior chce kategorycznie do domu, bo mu się nudzi i zaraz go przywiezie... później musieliśmy wychodzić na zebranie do przedszkola, następnie, wreszcie dziś go skończyłem. Film wybitny bez dwóch zdań, świetna rola Christiana Bale, polecam szczególnie.

Jakoś w tym tygodniu po powrocie z pracy nie mam nawet ochoty na granie, jedynie jakieś krótkie pojedynki z Juniorem w Kasumi Ninja... Jesień widać nadchodzi i cżłowieka ogarnia ogólny marazm.

No i (prawie) wykrakali

Wczoraj siedziałem sobie w pracy i błogie kodowanie w Visual Basic przerwała mi melodia z dema Odd Stuff, którą mam ustawioną w telefonie, jako dzwonek dla tych, których znam - dzwoniła żona, żeby mi się pochwalić, że w drodze do pracy złapała gumę... Od razu zaczęło się paniczne poszukiwanie kogoś, kto by pomógł małżonce w wymianie koła na zapas i szybkie dojechanie do pracy - niestety się nie udało i samochód trzeba było zostawić na krawężniku ponieważ ja akurat byłem sam w pracy i wyskoczenie na chwilę i podmianka kółka nie wchodziła w rachubę... A nuż będzie jakaś robota "na_za_10_minut". Koniec końców udało mi się dodzwonić do kumpla, który akurat ma wolny zawód i obiecał, że podjedzie jak żona skończy pracę (koło 12:00).

No i pamienili, podjechali od razu do wulkanizacji żeby załatać. Okazało się, że dziurki nie było, ale był uszkodzony wentyl, co spowodowało schudnięcie portfela o zaledwie 15 Polskich Nowych Złotych. Normalnie komentujący poprzedni wpis prawie wykrakali...

Z rzeczy przyjemniejszych mogę napisać, że kończę "podstawkę" do Painkillera - jestem już na walce z Lucyferem we własnej osobie, jest ciężko - wielki to madafaker, poza tym do pomocy ma całą zgraję truposzy, którzy ciągle się spawnują obok naszego bohatera i prą naprzód jak Lemingi. Damy radę.

Poza tym do końca tygodnia nie ma mnie w pracy ponieważ uczestniczę w czterodniowym szkoleniu z Visual Basica .NET, który to miał być kursem dla zaawansowanych, niestety okazało się, że grupa jest bardzo nierówna i prowadzący musiał przez cały dzisiejszy dzień opowiadać o podstawach aby niektórzy mogli złapać charakterystykę VB i pozbyć się naleciałości z dziwnych wynalazków typu C++ czy też Pythonów i PHP ;) Jako kolejny plus dodam, że "w bundlu" z kursem dostaliśmy całkiem ciekawe (tak wynika z pobieżnego przekartkowania) książki, oczywiście made in Helion, książki o Visual Basic .NET. Prowadzący widać, że zna się na rzeczy i nie udało się nikomu jeszcze go zagiąć, tak więc jest bardzo w porządku i liczę na solidne pogłębienie wiedzy. A tak na marginesie, czy ktoś z czytających tego blogasa spotkał się z wymową SQL - "sikłel" (jak sequel)? Prowadzący używa takiej wymowy, ja muszę się przyznać, że pierwszy raz słyszę.

Weekend ze zderzeniem

Wczoraj mieliśmy z rodziną ostro spacerowy dzień - a wcale tak miało nie być. Otóż na Air Show wybraliśmy się samochodem, tak aby zaoszczędzić trochę podeszwy na zwiedzanie lotniska i podziwianie samolotów. Niestety okazało się, że parkingi były wyznaczone tak daleko od lotniska (i to jeszcze po 10 złotych!), że postanowiliśmy zawrócić i zaparkować obok szwagierki, która mieszka mniej więcej w takiej samej odległości od imprezy jak wyznaczone miejsca do zostawiania samochodów - zawsze jakaś oszczędność.

Air Show, jak to wielka impreza - spęd ludzi straszliwy, idąc w kierunku kas widziałem rejestracje samochód z niemal całej Polski, w sumie nie ma się co dziwić takich pokazów nie ma zbyt często, a amatorów lotnictwa jest sporo. Organizacja niestety chyba przerosła gospodarzy ponieważ do przenośnych kibelków kolejki były najmniej kilkunastominutowe, a na żarcie trzeba było czekać momentami jeszcze dłużej. Nie wspomnę nawet o tym, że dzieci aby dostać się na kilka wielkich zjeżdżalni również były skazane na stanie w kilkudziesięciometrowych kolejkach po bilety, nam akurat się trafiła zabawna sytuacja polegająca na tym, że gdy dotarliśmy po sporym czekaniu do stolika z biletami - okazało się, że musimy poczekać ponieważ zabrakło biletów i Pan obsługujący kasę poszedł "dodrukować". A była to gdzieś dopiero 13:00.

Z całej wystawy mi najbardziej podobała się pozorowana walka Migów 29, oprócz tego co najmniej efektowne były przeloty Mi-24, huku było co niemiara. Co ciekawe, nie udało nam się na własne oczy zobaczyć zderzenia dwóch samolotów z grupy Żelazny - wiadomość o tym fakcie, dotarła do nas w momencie zatrzymania się w drodze powrotnej w barze. No cóż, takie wypadki się zdarzają i osobiście bardziej mnie uderzyła informacja o natychmiastowym ogłoszeniu kilkudniowej żałoby w mieście...

Z ciekawostek dodam, że udało się nam niepostrzeżenie pokonać barierki oddzielające gapiów od wystawy i wrzucić Juniora za stery Mi-24 oraz do przedziału dla desantu, młody był w siódmym niebie siłując się z drążkiem w potężnym śmigłowcu.

Wszystkie zdjęcia można obejrzeć na moim kawałku Picasy.

Ruszyła maszyna po szynach? A skąd.

Otóż w radomskim M1 pojawiła się nagle wielgaśna makieta z pociągami, tak na oko gdzieś z 6 metrów na 2 metry. Zbudowana super, z rozmachem, kilkoma tunelami, kolejką górską i masą pociągów. Dodatkowo, dla podkreślenia smaku część wagonów to repliki prawdziwych polskich pociągów sunących po naszych niespecjalnych trasach. Na środku jest wielka góra, jest nawet jeziorko i tramwaj. Ogólnie pełen wypas. Ci, którzy pamiętają z czasów PRL Centralną Składnicę Harcerską w Warszawie przy Marszałkowskiej i jej witrynę wiedzą o czym mówię. I jeszcze jedno, żeby było wiadomo, kto stoi za tą makietą to na jej jednej części ustawiono fajną replikę M1 - z naklejką na murze "Praktiker".

Dookoła tego, niemal, cudu świata oczywiście zgraja dzieci wraz z tatusiami, którzy udawali, że pilnują latorośli, a sami z zazdrością spoglądali na zazielenione pagórki i błyszczące wagoniki. Niestety całą tą idyllę psuł jeden drobny fakt. Pociągi nie jeździły - przypominam, że dziś jest niedziela i tłum naprawdę był gęsty. I tu powstaje pytanie - czemu władcy M1 zaserwowali dzieciom "lizanie cukierka przez papierek"? Naprawdę tak ciężko było poświęcić kilka voltów napięcia i ożywić ten skrawek świata? Z pewnością dzieci skuteczniej wyciągałyby rodziców do centrum handlowego, a przy okazji ci zostawiliby trochę banknotów... Oj nieładnie!

Czas!

Ten tydzień można zaliczyć do udanych, dlaczego? Otóż minął tak szybko, że niespecjalnie miałem czas na narzekanie, iż do wypłaty tak daleko, że trzeba wstawać rano itp. Niestety odbiło się to znacznie na częstotliwości wpisywania przeżyć na bloga, a także na graniu - na to po prostu czasu nie starczało.

Dziś zachęceni wolnym dniem postanowiliśmy posprzątać nieco w domu - tzn. przetrzebić nieużywane zabawki Juniora (oczywiście wg Niego wszystkie zabawki są niezbędne i konieczne do przeżycia), oraz zrezygnować z części (kilkadziesiąt sztuk) przeczytanych książek, które jeszcze nie wiem gdzie znajdą swoje nowe miejsce bowiem biblioteki twierdzą uparcie, że nie chcą żadnych nawet za darmo. I w tym miejscu brakuje mi instytucji "dnia wystawek", kiedy to każdy mógłby wyjść przed blok i wystawić rzeczy, z których nie korzysta, a innemu by się to przydało. Pod śmietnikiem książek nie zostawię bo przyjdą dzieci i po prostu porozrzucają je po całym blokowisku, jeśli nie dzieci to psy.

Wczorajszy wieczorek umiliło piweczko ze znajomymi, jeden z nich przyjechał sobie na urlopik z Irlandii i trzeba było się gdzieś zadekować aby skosztować piwa z beczki przy akompaniamencie objazdowej jazzowej kapeli. Padło na Parkową, która jest doskonałym przykładem jak nowy właściciel może zmienić zupełnie nastrój w knajpie. Od zawsze dla mnie Parkowa była reliktem lat 70/80, uczucie potęgowały niskiej jakości kibelki, lodówka z okienkiem (jak w Warsie na stacji PKP) oraz przysypiająca pani za ladą. Dodatkowo zawsze było solidnie nadymione, światełko było podłączone chyba do niższego napięcia, tak, że panował solidny półmrok - jednym słowem to, co dely lubi najbardziej.

A teraz? Głośno, jasno, za barem lśnią wszelkiej maści alkohole z całego świata, marmur, kelnerzy uprzejmie roznoszący menu z cenami (jak na Radom) z kosmosu no i towarzystwo już zupełnie inne. Dramat. JA CHCĘ STARĄ PARKOWĄ ;)

Nu, pajechali...

Udało się wreszcie zaliczyć jeszcze jeden, wielokrotnie wspominany, wakacyjny wyjazd - celem były Pilaszkowice k. Lublina - jak się później okazało były to Pilaszkowice 2, ponieważ Pilaszkowice 1 są wcześniej, później wioska o ciekawej nazwie Bazar, a następnie te właściwe, do których zmierzaliśmy.

Muszę przyznać, że droga Radom - Lublin, mimo, że nie ma na żadnym odcinku statusu ekspresowej jest wiele przyjemniejsza w podróży niż wiecznie gdzieś rozkopana "siódemka" - jedzie się miło i przyjemnie. Rozpędzonego Coswortha przystopowywały jedynie dosyć liczne miasteczka (w tym super-bajerancki most w Puławach), które jeszcze nie dorobiły się obwodnic - może Euro 2k12 coś w tym przypadku pomoże - w końcu to trasa prowadząca na Ukrainę.

O samym pobycie weekendowym pisać zbyt wiele nie będę ponieważ było bardzo przyjemnie, młodzieżowo i żadnych przykrych niespodzianek nie odnotowałem. Junior był w siódmym niebie ponieważ otrzymał na samym starcie od swojego Godfathera zestaw młodego zabójcy w postaci dwóch nagich mieczy, tarczy oraz łuku z zapasem trzech strzał wyposażonych w przyssawki. Miecze i broń miotająca zrobiła również furorę wśród nieco starszych uczestników zabawy ponieważ każdy chciał sobie postrzelać - a co. Wieczór spędziliśmy przy grillowo - procentowych pogawędkach, przy okazji skosztowałem co nieco domowej roboty trunków, które spokojnie mogłyby konkurować z wieloma alkoholami sprzedawanymi w sklepach mieniącymi się dumnymi szyldami "Alkohole Świata".

Dokumentacja fotograficzna znajduje się jak zwykle na Picasie, przepraszam, że tak mało, ale naprawdę było co robić i żal było tracić czas na bieganie z fotopstrykiem.

I znowu wolne

Tak. Dokładnie, jak pisałem w poprzednim wpisie błogosławię decyzję, dzięki której po urlopie byłem tylko dwa dni w pracy - nawet sobie nie wyobrażacie jakie to fajne uczucie mieć znowu dwa dni wolnego!

Druga dobra wiadomość jest taka, że żona czuje się lepiej więc szanse na wyjazd weekendowy wzrosły do całkiem akceptowalnego poziomu, chociaż z drugiej strony nie wiem czy teraz to mi się chce jechać - dwa dni lenistwa w domu vs dwa dni lenistwa na wsi krótsze o 150 km w każdą stronę. Ciężka decyzja - jutro rano zobaczymy.

Na szczęście już mi się odwidziało lenistwo w graniu i równocześnie z wspominanym w poprzednich wpisach Painkillerem tłukę w Atari Karts na Jaguarze. Gra jest piękna i całą stanowczością, pod przysięgą i znając wszelkie konsekwencje mogę powiedzieć, że jest to absolutny must have dla każdego posiadacza kociaka. Niestety grę jest bardzo ciężko kupić, ale warta jest sporej kasy - gwarantuję, że nikt nie będzie żałować. Pęd czuć na każdej trasie, zabawne postacie i trudne (na późniejszych etapach) trasy nie pozwolą się szybko znudzić nikomu. Dla mnie gra ma tylko dwie wady (jeśli chodzi o gry dla Jaguara to BARDZO mało!): pierwsza to bardzo nierówna muzyka - są etapy, kiedy jest to świetny, podrywający koła niemalże do lotu chiptune, taki jaki tygrysy wychowane na 8/16 bitowych demach kochają najbardziej, a czasem jest to nie-wiadomo-jaki-smutaśny-przytup, w dodatku kompletnie nie pasujący do wyścigów. Druga rzecz, która mi się nie podobała to niestety mało dopracowane modele graczy, nie są to wcale proste oteksturowane modele 3d, a zwykłe sprajty, można byłoby to przeboleć gdyby miały nieco więcej klatek animacji podczas obrotów i wyprzedzania, a tak to trochę podjeżdża leciutką nędzą. W szczególności jeśli wiemy, że Jaguar jest capable do nie takich rzeczy (ze szwagrem w wojsku), nie da się ukryć, że pozostaje niewielki niedosyt.

Atari Karts

Wszystko to jednak jest rekompensowane przez niesamowitą grywalność, rzecz warta powiedzenia ponieważ gry, które nie nudzą się szybko na Kociaka można zliczyć używając palców - i to jednej ręki. Jednym słowem - dely poleca.

Pierwszy dzień w pracy

Oj ciężko było wstać po blisko trzytygodniowym lenistwie... Odzwyczaiłem się tak bardzo, że wypadłem z porannego rytmu przygotowawczego polegającego na z góry zaplanowanej trasie - kuchnia, pstryk czajnik na herbatę, WC, ząbki (w tym czasie zagotowała się woda), kuchnia i zalanie herbaty, pstryk komputer, WC - myjemy resztę, komputer (herbata ciut ostygła) - kilka łyków... No, czujemy się w miarę przytomnie. Teraz spokojnie można się ubrać, doczytać pocztę na gmailu - szybki rzut okiem na zegarek, można wychodzić.

W pracy zostałem od razu rzucony na głęboką wodę tak, że nie było specjalnie czasu na odczuwanie pourlopowego kaca - to dobrze. Gratuluję teraz sobie, że tak zaplanowałem powrót z urlopu, iż w pracy jestem tylko dwa dni, potem weekend. Wydaje mi się, że lepiej się nie dało, nie wiem czy tak dobrze przeżyłbym dzisiejszy dzień mając na horyzoncie pięć dni pracy.

Mówiąc o sobocie i niedzieli to nie wygląda niestety na to, że wyjdziemy sobie na wcześniej zaplanowane dwa dni w wiejskiej głuszy, małżonka nadal raczy się czuć dosyć średnio i nie widać, żeby to miało się poprawić w ciągu dzisiejszego wieczoru i jutra. Wolałbym widzieć kilka spokojnych dni, a potem planować, bądź co bądź, ponad stukilometrową drogę.

Wielkie cztery litery

No i z podróży zapowiadanej w poprzednim wpisie wyszły wielkie cztery litery... Żona raczyła się dosyć poważnie rozchorować i dwa dni mieliśmy wycięte z życiorysu, a tak miało być pięknie i relaksująco - na szczęście wyjazd został tylko przełożony, a nie odwołany. Najnowsze plany są takie, że jedziemy w weekend. Zobaczymy jak to będzie.

Dzisiejszy dzień mam zamiar poświęcić na zrobienie zaległych porządków w swoim pokoju, szczególnie w tzw. "szafie pełnej niespodzianek", powywalać niepotrzebne graty, a te które nadają się na sprzedaż pójdą na allegro. Na razie zreorganizowałem regalik z grami i co ciekawszymi elementami kolekcji starych komputerów.

Regalik

Jakoś ostatnimi dniami mam awersję do grania, kilka dni temu zauważyłem w MM Painkiller Black Edition (zawiera dodatek), wczoraj zainstalowałem i przeszedłem kilka pierwszych etapów - gra mroczna jak cholera, trzeba mieć dobry wzrok, żeby cokolwiek ujrzeć. Na pierwszy rzut oka uwagę przykuwają hordy potworów do unicestwienia - dziesiątki suną na naszego bohatera ze śmiercią na ustach, szczerze mówiąc w żadnej poprzedniej grze nie doświadczyłem takich zgraj jednocześnie atakujących głównego aktora. Gra doskonale nadaje się na relaks po nużącym dniu pracy.

Jeśli już mówimy o pracy, to niestety urlop się już kończy i pojutrze wracam do pracy. Jaki jest mój nastrój - nie muszę chyba pisać.

Podróży jeszcze nie koniec

Mimo, że urlop powoli dobiega końca jeszcze się nie poddajemy. Jutro z rana z małżonką, juniorem i teściową wyskakujemy na 2 dni do Pilaszkowic - do chrzestnego juniora. Droga wygląda na krótką i w 2 godzinki powinniśmy być na miejscu.

A tam (podobno) czeka na nas cisza i spokój, prawdziwa dzika głusza i drewniany domek. Junior ma obiecane dostać prawdziwy drewniany łuk (phear!), żona i teściowa pogawędki z plotami, a ja święty spokój i prawdziwie domowe piwo. Zapowiada się pysznie, zabieram laptopa, aparat i jutro rano w drogę.

Wróciłem

Co prawda nie dziś, ale w poprzednim wpisie tak dokładnie naświetliłem sytuację panującą na moim wypoczynku, że uznałem iż nie potrzeba więcej dopisywać od razu.

Z rzeczy, których nie opisałem wcześniej dodam tylko, że nad morzem panuje wielki boom na wypożyczalnie skuterów, motorów oraz quadów. W sumie nic dziwnego, jeśli obejrzy się nadmorskie drogi, wiecznie zakorkowane i nieprzejezdne. Taki skuterek to wybawienie dla kogoś, kto chce się szybko przemieszczać. Minusem są tylko wyścigi, które urządzają sobie ich posiadacze (a raczej "wypożyczacze") - któregoś dnia bowiem idąc sobie po zapas piwka i papieroski niemal zostałem wgnieciony w ziemię przez eskadrę kilku quadów pędzących grubo powyżej dozwolonej przepisami prędkości, oczywiście przez całą szerokość ulicy.

Zakańczając temat wyjazdu oczywiście prezentuję obowiązkowe fotki pogrupowane w trzy albumy: Morze, Fokarium i Muzeum Obrony Wybrzeża.

Dziś z małżonką ogłosiliśmy dzień wielkiego prania, pralka nie ma lekko - trzy wielkie torby pełne zużytych ciuchów plus jedna leżąca już ponad tydzień torba Juniora, który odpoczywał od nas u dziadków w Piastowie. Poza tym porządki, doprowadzanie kuchni do wyglądu nieodstraszającego nawet much itp. - jednym słowem wyrwa w błogim urlopie. A na wieczór zarządzono jeszcze wypad do marketu na zakupy. Dramat.

Powoli również odgruzowuję czytnik RSS, który zarósł już niemalże od nieprzeczytanych wiadomości - blogerzy i serwisy, które monitoruję widać nie mają specjalnie wakacji - i dobrze, nie będzie się człowiek nudził, kiedy przejdzie okropny, powyżej opisany dzień.

Cywilizacja

No wreszcie nadszedł czas, kiedy mogę się dorwać w spokoju do laptopa i opisać, jak to jest nam fajnie nad morzem. Tak, dopiero po niemal tygodniu, ponieważ mimo dosyć średniej pogody czasu ciągle brakuje - a to plaża, a to wycieczki po muzeach, a to atrakcje na wszędobylskich wesołych miasteczkach.

Pogoda, jak wspomniałem, nad morzem jest bardzo średnia - co prawda nie leje, ale temperatura oscyluje w okolicach dwudziestukilku stopni i dosyć ostro wieje, w szczególności rano, kiedy człowiek się budzi na śniadanko i porannego papieroska. Mimo tego udało mi się tak spiec plecy, że wczorajszą noc spędziłem śpiąc w pozycjach dotąd niespotykanych - na siedząco, półleżąco, względnie wygięty w "chinski paragraf" tak, tylko aby nic nie piekło i nie bolało - dzisiejszy dzień odpuściłem sobie w temacie plaży i siedzę sobie na naszej kwaternianej werandzie popijając piwko (btw. nie wiem dlaczego w tutejszych sklepach nie mają zwyczaju trzymać Carlsberga w lodówkach - same jakieś lokalne wynalazki okupują zimne miejsca).

Mobilnego Internetu też raczej się nie uświadczy - oprócz Helu, gdzie co chwilę atakują nas bannery i bilboardy z reklamami Wirtualnej Polski, z tym, że akurat wtedy nie miałem przy sobie laptopa... No cóż - Plus GSM też widać musi zarobić na swoim GPRS.

Jeśli natomiast chodzi o same warunki kwaterunkowo-odpoczynkowe to J.E. Małżonka miejscówkę wybrała znakomitą - na solidnym uboczu Jastrzębiej Góry, zaraz przy lasku, z placem zabaw wyposażonym w zjeżdzalnię, trampolinę, PRAWDZIWY STATEK PIRACKI (wedle relacji Juniora) i furę zabawek. Do plaży (dla niezmotoryzowanych duży minus) jest ok. 20 minutek piechotką lub kilka sekund naszym Cosworthem - ogólnie fajowsko, cisza i spokój. Nie budzi nas o 7:00 wielkomiejski gwar, ani tym bardziej o 5:00 tabuny rozentuzjazmowanej młodzieży wracającej z night clubów.

Co do samochodów to niestety jest wielka tragedia. Polak samochodem stoi w całym, szerokim rozumieniu tego słowa. Aby przejechać kilka kilometrów z Jastrzębiej Góry do Władysławowa trzeba sobie zarezerwować minimum pół godziny - korek zaczyna się już w Rozewiu! Aby zwiększyć dramaturgię opisu dodam, że z Jastrzębiej Góry na Hel (polecam genialne Muzeum Obrony Wybrzeża) podróżowaliśmy samochodem półtorej godziny! Tym, którzy wybierają miejsce do parkowania (gdziekolwiek w tym rejonie) polecam zorganizowane parkingi, na których zawsze ktoś pełni dyżur - zapłacicie, ale ominie Was taka atrakcja, jaką mieliśmy wczoraj - otóż ordynarnie nas zastawiono z wszystkich stron, mimo, że przed nami była koperta z zakazem parkowania, a za nami w bezpiecznej odległości stał inny samochód - po powrocie z plaży koperta była zastawiona, a przy naszym tylnym zderzaku na odległość żyletki stał (nie pozdrawiam) dumny posiadacz srebrnego Punto.

Konynuując temat samochodów to jednak nasz naród trochę kasy posiada, w ciągu kilku dni widziałem 2 sztuki Porsche Carrera, Testarossę, a Hummerów i różnego typu aut z segmentu CC to już nawet nie liczyłem.

Jutro wielka podróż

Dnia jutrzejszego wybieramy się z Małżonką, Juniorem oraz koleżanką na wielką podróż - rzekłbym, że największą w życiu naszego Coswortha. Nad morze, a konkretniej do Jastrzębiej Góry - niestety tylko na tydzień i mamy oczywiście nadzieję, że pogoda dopisze.

W całym domu, w związku z tym, panuje wielki rozgardiasz polegający na pakowaniu do toreb podróżnych wszystkiego, co się da. Żona wkłada niemal wszystkie ciuchy, Junior wszystkie zabawki, a ja... Ja zasadniczo nic nie pakuję ponieważ całą resztę domu zabrali już wcześniej wymienieni. No, laptopa sobie wezmę i może Lynxa żeby mieć w co pograć w wolnych chwilach, aha i jeszcze ładowarkę do baterii niezbędną do oszczędnego działania aparatu.

Ruszamy jutro ok. 7:00 rano, planowany przyjazd mniej więcej o 16:00 po południu.

Longer trip

Dziś z małżonką byliśmy odwieźć Juniora do dziadków do Piastowa. Pogoda niespecjalnie upalna więc pozwoliliśmy sobie wyruszyć nie z samego rana tylko około 9:30 wiedząc, że upały nas nie zjedzą podczas drogi. Podróż już od samego początku nie zapowiadała się zbytnio udanie.

Otóż niemalże po starcie zamarło nasze ultrawypas car audio... A specjalnie sobie przygotowaliśmy i wysmażyliśmy płytkę pełną MP3 idealnie nadających się do półtoragodzinnej podróży. Ot zgasło i przestało grać. Jakieś pięćdziesiąt kilometrów dalej okazało się, że "siódemka" jest zamknięta na sporym odcinku z okazji takiej, że bus przydzwonił w radiowóz i z tej okazji należy nam się całkiem spory objazd. Dla zobrazowania sytuacji: "prawidłowa" droga powinna wyglądać tak, a zmuszeni byliśmy do zwiedzenia Warki, Góry Kalwarii i Piaseczna w ten sposób. No cóż, przynajmniej dłuższy czas jechaliśmy za przyczepką, na której jechały koniki i Junior mógł popodziwiać jak sobie podgryzają wzajemnie uszka. A przez Warkę (zakorkowaną na potęgę) przejechało w ciągu kilku godzin tyle samochodów, ile nominalnie zwiedza ją podczas roku.

Warto dodać, że remont polegający na upgradzie całej siódemki na odcinku Radom - Warszawa do ekspresówki idzie całkiem szybko i już niedługo będzie można śmigać do stolicy w mniej niż godzinkę. Sporo estakad i mostów jest już postawionych, a "drugie" pasy ruchu powstają żwawo.

Powrót to była już bułeczka z masłem, okazało się, że nasz dziesięcioletni Cosworth potrafi bez mrugnięcia okiem na dobrej drodze żwawo mykać złoty czterdzieści - i nawet w środku cicho. Dodatkowo chciałbym serdecznie pozdrowić tych, którzy na obwodnicy mijali nas mając najmniej 180 km/h.

Dobra rada

Dziś nie będzie o grach.

W miejsce opisów, jak to mi się fajowsko / niefajowsko gra pozwolę sobie udzielić Wam dobrej rady. Otóż kategorycznie nie polecam stania przy oknie w autobusie! Dlaczego? Już wyjaśniam.

Dziś jechałem do pracy, stojąc jak zwykle przy oknie - siadać nie lubię, ponieważ siedzenia w radomskich autobusach mają BARDZO mało wspólnego z czystością, a po co głupio wyglądać w pracy z plamą w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. No i stało się, coś wielce paskudnego i złośliwego podstępnie dostało mi się do oka.

Cały dzień uwiera mnie lewe oko, mimo wlania weń kilku dawek kropel do oczu oraz przemywania hektolitrami wody. Zobaczymy co będzie jutro. Nie lubię chodzenia do lekarzy.

Yes, yes, yes!

Udało mi się wreszcie ukończyć w CMR Diamond Series na pierwszym miejscu - co prawda z półmiesięcznym opóźnieniem, ale wreszcie. Do zamknięcia całej gry został mi tylko Złoty Puchar w Diamond Series i wyposażenie wszystkich samochodów w dostępne upgrade - planowałem to zakończyć do końca czerwca, ale okazało się, że nie jest tak łatwo, ostatni rajd postawił jednak bardzo wysoko poprzeczkę. Co ciekawe udało mi się go wygrać Focusem, którym wcale nie jeździłem wcześniej - z tej grupy aut bowiem najlepiej jeździło mi się Peugeotem. Okazało się, że kluczem do zwycięstwa było obniżenie prześwitu - teraz Focus już nie wywracał się na każdej napotkanej hopie czy pochylonym szczycie. Może do urlopu się wyrobię i wreszcie rozpocznę wojnę w Call of Duty 2.

Ford Focus WRC

Żyłkę gracza powoli odkrywa w sobie Junior, który z okazji wolnego telewizora dorwał się do XBOXa i gania po mapie (na razie) boty w XIII. Co chwilę z pokoju obok słyszę: "RULEZ! Leży!".

A skoro wpis jest poświęcony grom, to dodam jeszcze, że pogłoski o rychłej śmierci PS2 są grubo przesadzone, konsola sprzedaje się wyśmienicie czym z pewnością pomaga ciekawa polityka SONY, które oferuje multum zestawów dopasowanych do każdego odbiorcy. Wczoraj bowiem osobiście widziałem w MM co najmniej kilka packów konkretnie spersonalizowanych - różowy (wiadomo - kobiety, różowa konsola i pady to jest to, co dziewczyny lubią najbardziej), party version PS2 z dwoma mikrofonami i Singstarem z polskimi piosenkami, oraz dla facetów w bundlu z wyścigami. Żaden zestaw nie był droższy niż 600 PLN.

Jak tu żyć

Weekend minął tak szybko, że nawet specjalnie nie zauważyłem jego końca. Zmaganie się z bólem męczy człowieka tak szybko, szybciej niż wysiłek fizyczny. A miało być tak pięknie, cyzelowanie czasów w CMR z pomocą pożyczonej kierownicy, odpoczynek połączony z przyjemnością... No cóż może za cztery dni się uda, tyle, że już bez kółka, które jutro muszę oddać.

Dziś znowu nie udało mi się kupić Wprost w wersji z dołączoną CD (Propaganda PRL), całe szczęście, że można zamawiać brakujące numery wysyłkowo na stronie Wprost, która notabene w tej chwili nie działa - widać efekt rewelacji dot. "taśm Rydzyka". Przy okazji dziwna sprawa, że za zamówione DVD nie można zapłacić przelewem - do wyboru karta kredytowa lub pobranie, nastawiają się na zasobnych czytelników chyba.

Powoli nachodzi mnie pokusa wymiany kilku bebechów z mojego desktopa, zasadniczo nawet nie wiem czemu. Komputer jest w miarę silny, z wszystkim daje sobie spokojnie radę, ale przydałoby się urwać parę minut z czasu enkodowania video. Poza tym to chyba efekt tego, że dawno nic do niego nie było dokupowywane, starsi też lubią mieć nowe zabawki, prawda? Szczególnie, że Intel i AMD zapowiedziało spore obniżki w tym miesiącu... Ale stop. Udany urlop jest ważniejszy i prawdopodobnie na tą przyjemność pójdzie większa część kasy.

A co do urlopu... To jeszcze niecałe trzy tygodnie, a zacznie tak, jak w filmach Alfreda Hitchcocka - od trzęsienia ziemi, a potem napięcie będzie rosło. Tym trzęsieniem ziemi będzie oczywiście scenowe party, a później kilkasetkilometrowa wycieczka nad morze.

Kontakt

Jeśli koniecznie chcesz się ze mną skontaktować...

  • Jabber: delyra@jabber.wp.pl
  • GG: 765628
  • e-mail: daniel.kozminski@gmail.com
  • tel: +48605650809