Ciężki tydzień

To już koniec. Po miesiącu przygody z Painkillerem udało mi się ukończyć grę wraz z dodatkiem Battle Out of Hell czas więc na podsumowanie i kilka refleksji.

Gra ta doskonale nadaje się na odreagowanie od codziennego życia, hordy wrogów nacierające na nas z zewsząd eksterminowane za pomocą szerokiego arsenału broni powodują powstawanie przyjemnego, szerokiego banana na twarzy. Nic tak nie poprawia humoru jak rozpłatanie wielkiego madafakera na kilkanaście części kilkoma celnymi salwami z kilkolufowego shotguna, nic nie polepszy nam samopoczucia tak, jak zdjęcie kąsającego potwora z dalekiej skały wyrzutnią drewnianych kołków zaopatrzoną w snajperską lunetę. I nic tak nie oderwie nas od codziennych kłopotów jak wysłanie naprzeciw pędzących wrażych kolumn serii kilku rakiet z podręcznej wyrzutni. Polecam.

Teraz mam zamiar po raz kolejny zagrać w Ubersoldiera (nie wiem czemu ta gra nie zdobyła popularności), a potem coś wybierzemy z półki w sklepie, a może po prostu poczekamy na pojawienie się w sklepach FIFA 08, premiera już za tydzień. Znając jednak siebie to ponowne przejście Ubersoldiera zajmie mi więcej niż tydzień - jakoś nie mam ostatnio czasu w ciągu tygodnia żeby usiąść i porządnie pograć - dlatego też Painkiller zajął mi ponad miesiąc.

Z tematów niegrywalnych dodam, że kilka dni temu uprzejmy pan z obsługi stacji Orlenu na ul. Żółkiewskiego przy "Kerfurze" w Radomiu usiłował wlać ropę do mojego Coswortha i strasznie się dziwił, że wlot od pistoletu coś nie pasuje - ale naciskał sprawnie i 0,7 litra udało mu się nalać zanim mu wyrwałem wąż z ręki. Nie pozdrawiam i nie polecam tej stacji, a czytającym radzę zgłaszać pracownikom stacji benzynowych, że sami sobie nalejecie. Łaski bez.

Lucyfer is dead

Wreszcie korzystając z wolnego czasu i weekendu (który niestety zbliża się do końca) udało mi się ukończyć Painkillera. Lucyfer padł już po kilku podejściach i "podstawkę" można uznać za "odfajkowaną", teraz dodatek - Battle Out of Hell.

Pierwsze dwa etapy dodatku mam już za sobą i muszę przyznać, że spodziewałem się, jak to często w dodatkach bywa, odgrzewanych kotletów i powielania tego, co widzieliśmy w podstawowej części zmagań. W tym miejscu chciałbym pogratulować designerom poziomów ponieważ jest dobrze, a nawet bardzo dobrze - wesołe (hmm) miasteczko wgniata w fotel, a podróż rollercoasterem i strzelanie podczas jazdy na tyle mnie zafascynowało, że zagrałem sobie w ten etap kilka razy, świetny pomysł.

Wyszukując powoli kolejną grę, która zajmie mi wolny czas przeglądałem dziś strony z recenzjami i wersjami demo gier. Bardzo mnie ucieszyła informacja, że jest już demo drugiej części Ubersoldiera - gry raczej mało popularnej (a szkoda, bo to zacny tytuł i grało się bardzo przyjemnie) pewnie przez słabą reklamę - i właśnie ściągam wersję demo. I tu jedna uwaga. Do tego, że wersje demo rzadką zajmują mniej niż 0,5 GB zdążyłem się już przyzwyczaić, ale nie dość, że na każdym serwisie oferującym pobieranie dem trzeba się przebić przez tony reklam i czekać po pół godziny w kolejce na wolny slot, to jeszcze transfer jest jak krew z nosa. Czy znacie może jakieś alternatywne, nieoblegane serwisy, może FTP, z których bezboleśnie i szybko można ściągać nowe dema gier?

W tej chwili, jako następny cel ustawiam coś z tej listy: Xpand Rally Extreme, Medal of Honor: Airborne, Bioshock. Zobaczymy.

Marazm

Weekend minął tak szybko, że nawet niespecjalnie było kiedy usiąść i coś napisać. W sobotę byliśmy w Piastowie w odwiedzinach u moich starych, no i przy okazji Junior zażyczył sobie, że zostanie sobie u dziadków - na tydzień. W drodze powrotnej trochę się poprzepychaliśmy z dzikim, nieokiełznanym tłumem w IKEA i wróciliśmy, poprzez grilla u szwagra do domu akurat na mecz.

Po drodze, będąc w Jankach zakupiłem sobie najbardziej pechowy film na świecie - Equilibrium. Dlaczego pechowy? Otóż był nadawany w telewizji chyba ze dwa razy, pierwszy raz przegapiłem, za drugim razem byłem tak zmęczony, że zasnąłem na napisach. Później zauważyłem go na półce u kumpla i odłożyłem sobie, żeby pożyczyć i wreszcie obejrzeć - zapomniałem zabrać, a znajomy mieszka 100 km ode mnie. Wreszcie kupiłem... i oglądałem na trzy raty, najpierw zadzwonił mój ojciec, że Junior chce kategorycznie do domu, bo mu się nudzi i zaraz go przywiezie... później musieliśmy wychodzić na zebranie do przedszkola, następnie, wreszcie dziś go skończyłem. Film wybitny bez dwóch zdań, świetna rola Christiana Bale, polecam szczególnie.

Jakoś w tym tygodniu po powrocie z pracy nie mam nawet ochoty na granie, jedynie jakieś krótkie pojedynki z Juniorem w Kasumi Ninja... Jesień widać nadchodzi i cżłowieka ogarnia ogólny marazm.

Genialne trailery

Nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem Simpsonów, może również dlatego, że nie miałem okazji oglądać tego serialu regularnie. Tymczasem niedawno weszła na ekrany pełnometrażowa wersja Żółtego Świata i, jak można się było spodziewać, za momencik ukaże się gra na pecety i wszelkie możliwe konsole. Gra, obym się mylił, pewnie będzie średnia (jak większość gier "żerujących" na popularności pierwowzoru) i nie wniesie nic nowego na nasze maszynki do grania.

Ale jest jedna rzecz, która już przed oficjalnym pojawieniem się pudełek na sklepowych półkach sprawi, że gra będzie zapamiętana - są to naprawdę bardzo udane trailery* i kampania promocyjna parodiująca inne tytuły. Szczególnie polecam trailer o intrygującej nazwie Medal of Homer oraz końcówkę zwiastuna z E3, gdzie na końcu (jak zwykle ultrapoważny) lektor oznajmia: "Coming this fall on every consoles... ever made".

The Simpsons Game

Gratuluję specom od reklamy EA, ponieważ teraz naprawdę jest bardzo ciężko wymyślić coś oryginalnego, coś co może uratować (obym się mylił po raz drugi) prawdopodobnie grę, która by zginęła w gąszczu innych.

* Od czasu Rayman Raving Rabbids 2

Nowe zabawki

Wczoraj poczta przyniosła mi najprawdziwsze, co prawda już nieważne, ale za to jakie piękne certyfikaty akcji dawnego Atari Inc. Format zbliżony do A4, ładne i kolorowe - w sam raz do oprawienia w ramki i powieszenia na zaszczytnym miejscu (czyt. ścianie). Dodatkowo w tej samej kopercie (o niej będzie później) overlay na pada i manual do gry Hover Strike - co prawda gra już dawno została przeze mnie rozgryziona "co i jak", ale teraz będzie przyjemniej. Overlaye to jeden z niewielu dobrych pomysłów przy projektowaniu Jaguara, małe, proste - a cieszy.

Dodatkowo dziś przyszedł drugi pad do Kociaka - teraz będziemy mogli z Juniorem i znajomymi zbiorowo uprawiać granie np. w Tempesta 2000. Miód, piwo i orzeszki, jako że pady jest dosyć ciężko kupić w Polsce - ciesze się podwójnie.

Miało być jeszcze o kopercie... Polecam wszystkim zdecydowane oklejanie wszelkich rogów i zagięć na kopertach taśmą samoprzylepną - co druga koperta (jeśli to akurat "bąbelkowa" to jeszcze pół biedy) przychodzi do mnie z dziurami, poprzecierana i ogólnie wyglądająca na taką, którą przed chwilą wyciągnięto psu z gardła. Ta, która przyszła wczoraj była tak naderwana, że sam się zdziwiłem, że zawartość nie wypadła po drodze. Oczywiście, po raz n-ty złożyłem reklamację ze świętym przekonaniem, że to nic nie zmieni - do tej pory oczywiście jeszcze nie zmieniło, ale zawsze lepiej mi się nieco robi, kiedy gdzieś tam (nawet jeśli tylko na lokalnej poczcie) wiedzą, że komuś to się nie podoba - a klient płaci i wymaga.

No i (prawie) wykrakali

Wczoraj siedziałem sobie w pracy i błogie kodowanie w Visual Basic przerwała mi melodia z dema Odd Stuff, którą mam ustawioną w telefonie, jako dzwonek dla tych, których znam - dzwoniła żona, żeby mi się pochwalić, że w drodze do pracy złapała gumę... Od razu zaczęło się paniczne poszukiwanie kogoś, kto by pomógł małżonce w wymianie koła na zapas i szybkie dojechanie do pracy - niestety się nie udało i samochód trzeba było zostawić na krawężniku ponieważ ja akurat byłem sam w pracy i wyskoczenie na chwilę i podmianka kółka nie wchodziła w rachubę... A nuż będzie jakaś robota "na_za_10_minut". Koniec końców udało mi się dodzwonić do kumpla, który akurat ma wolny zawód i obiecał, że podjedzie jak żona skończy pracę (koło 12:00).

No i pamienili, podjechali od razu do wulkanizacji żeby załatać. Okazało się, że dziurki nie było, ale był uszkodzony wentyl, co spowodowało schudnięcie portfela o zaledwie 15 Polskich Nowych Złotych. Normalnie komentujący poprzedni wpis prawie wykrakali...

Z rzeczy przyjemniejszych mogę napisać, że kończę "podstawkę" do Painkillera - jestem już na walce z Lucyferem we własnej osobie, jest ciężko - wielki to madafaker, poza tym do pomocy ma całą zgraję truposzy, którzy ciągle się spawnują obok naszego bohatera i prą naprzód jak Lemingi. Damy radę.

Poza tym do końca tygodnia nie ma mnie w pracy ponieważ uczestniczę w czterodniowym szkoleniu z Visual Basica .NET, który to miał być kursem dla zaawansowanych, niestety okazało się, że grupa jest bardzo nierówna i prowadzący musiał przez cały dzisiejszy dzień opowiadać o podstawach aby niektórzy mogli złapać charakterystykę VB i pozbyć się naleciałości z dziwnych wynalazków typu C++ czy też Pythonów i PHP ;) Jako kolejny plus dodam, że "w bundlu" z kursem dostaliśmy całkiem ciekawe (tak wynika z pobieżnego przekartkowania) książki, oczywiście made in Helion, książki o Visual Basic .NET. Prowadzący widać, że zna się na rzeczy i nie udało się nikomu jeszcze go zagiąć, tak więc jest bardzo w porządku i liczę na solidne pogłębienie wiedzy. A tak na marginesie, czy ktoś z czytających tego blogasa spotkał się z wymową SQL - "sikłel" (jak sequel)? Prowadzący używa takiej wymowy, ja muszę się przyznać, że pierwszy raz słyszę.

Bólozabijacz

Robienie czegoś, co jest niefajne, mało przydatne IMO i raczej nieładne jest średnio przyjemne. Jedynym plusem takiego procederu są korzyści finansowe i z pewnością doświadczenie. Jednak nie zawsze robi się to, co jest fajne, rozwijające i pozwalające na późniejsze zadowolenie z własnej pracy.

Ale nie o tym miało być, tak tylko podczas przeklikiwania się przez panel administracyjny mi się skojarzyło... Dziś miało być o Painkillerze, który zawładnął moim wolnym czasem od dłuższego czasu - a jest o czym pisać. Gra pozwala na niemal doskonałe odmóżdżenie się po dniu w pracy, na działce lub zakupach - hordy potworów, katów i wynaturzeń, które pojawiają się wielkimi zgrajami, WIELCY bossowie przemyślnie zaprojektowani tak, aby maksymalnie utrudnić nam życie, a najlepiej go nas pozbawić to jest to! Dokładając do tego wąski, ale fenomenalnie opracowany arsenał czyni Painkillera doskonałą grą na wieczory, podczas których - zapewniam - żaden porządny madafaker nie będzie się nudził. Nic bowiem tak nie odpręża jak wbiegnięcie do malowniczej (architektura to kolejny mocny punkt tej gry) sali z shotgunem i eksterminacja hord przeciwników, a następnie połykanie ich dusz! Oprócz wspomnianego shotguna mamy do dyspozycji m.in. miniguna, wyrzutnię rakiet, "prądownicę" zamieniającą nas w miotającego wiązkę energii Imperatora ze Star Wars, moją ulubioną kołkownicę - wyrzutnię drewnianych kołków, że wymienię tylko te najważniejsze. Do tego znakomita muzyka... czego oczekiwać więcej.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie... Tragiczne według mnie cutscenki pomiędzy poziomami - jak w tak dobrej grze można było zamieścić taki kicz i lipę? Naprawdę muszę się ostro trzymać fotela żeby nie podskoczyć do klienta pocztowego i nie wygarnąć na e-mail kontaktowy People Can Fly dwóch słów, w tym trzech brzydkich. Poza tym nie wiem jak jest w innych wydaniach ale Painkiller Black Edition jest solidnie zabugowany. Po pierwsze napisy we wspomnianych cutscenkach absolutnie nie trafiają w to, co mówią "aktorzy"... Ehh, nie trafiają to mało powiedziane - późnią się o około minutę. Poza tym czasem dźwięk potrafi się solidnie przyciąć - np. działają "odgłosy środowiskowe" czyli tupanie, strzelanie i krzyki wrażych wojsk, a muzyka ma czkawkę - co ciekawe, zdarza się to na niektórych poziomach, na pozostałych (na szczęście w większości przypadków) jest w porządku.

Mimo wszystko, polecam każdemu - szczególnie, że grę można nabyć w kolekcji Xtra Klasyka w cenie poniżej 20 złotych, co za taką pozycję jest ceną żadną.

A jako superbonus - teledysk kapeli Mech (POLSKA!) z teledyskiem z gry Painkiller.

I znowu wolne

Tak. Dokładnie, jak pisałem w poprzednim wpisie błogosławię decyzję, dzięki której po urlopie byłem tylko dwa dni w pracy - nawet sobie nie wyobrażacie jakie to fajne uczucie mieć znowu dwa dni wolnego!

Druga dobra wiadomość jest taka, że żona czuje się lepiej więc szanse na wyjazd weekendowy wzrosły do całkiem akceptowalnego poziomu, chociaż z drugiej strony nie wiem czy teraz to mi się chce jechać - dwa dni lenistwa w domu vs dwa dni lenistwa na wsi krótsze o 150 km w każdą stronę. Ciężka decyzja - jutro rano zobaczymy.

Na szczęście już mi się odwidziało lenistwo w graniu i równocześnie z wspominanym w poprzednich wpisach Painkillerem tłukę w Atari Karts na Jaguarze. Gra jest piękna i całą stanowczością, pod przysięgą i znając wszelkie konsekwencje mogę powiedzieć, że jest to absolutny must have dla każdego posiadacza kociaka. Niestety grę jest bardzo ciężko kupić, ale warta jest sporej kasy - gwarantuję, że nikt nie będzie żałować. Pęd czuć na każdej trasie, zabawne postacie i trudne (na późniejszych etapach) trasy nie pozwolą się szybko znudzić nikomu. Dla mnie gra ma tylko dwie wady (jeśli chodzi o gry dla Jaguara to BARDZO mało!): pierwsza to bardzo nierówna muzyka - są etapy, kiedy jest to świetny, podrywający koła niemalże do lotu chiptune, taki jaki tygrysy wychowane na 8/16 bitowych demach kochają najbardziej, a czasem jest to nie-wiadomo-jaki-smutaśny-przytup, w dodatku kompletnie nie pasujący do wyścigów. Druga rzecz, która mi się nie podobała to niestety mało dopracowane modele graczy, nie są to wcale proste oteksturowane modele 3d, a zwykłe sprajty, można byłoby to przeboleć gdyby miały nieco więcej klatek animacji podczas obrotów i wyprzedzania, a tak to trochę podjeżdża leciutką nędzą. W szczególności jeśli wiemy, że Jaguar jest capable do nie takich rzeczy (ze szwagrem w wojsku), nie da się ukryć, że pozostaje niewielki niedosyt.

Atari Karts

Wszystko to jednak jest rekompensowane przez niesamowitą grywalność, rzecz warta powiedzenia ponieważ gry, które nie nudzą się szybko na Kociaka można zliczyć używając palców - i to jednej ręki. Jednym słowem - dely poleca.

Jakoś nie tak, jak być powinno

Ci, którzy czytają od czasu do czasu tego bloga wiedzą pewnie, że aktualną grą na tapecie jest Call of Duty 2. Gra niemłoda już, ale do tej pory granie w wyższych rozdzielczościach i w pełnych detalach sprawia problemy niejednemu komputerowi. Ale nie o tym miało być.

Gra się lekko, łatwo i przyjemnie... aż może za bardzo - powiedziałbym, że nawet na wyższych poziomach trudności jest ZA ŁATWO, poprzednia część (a w szczególności dodatek United Offensive) stawiała poprzeczkę znacznie wyżej - a może jestem już po prostu dobrze wytrenowany? Kolejna rzecz, która woła o pomstę do nieba to zachowanie się "brothers in arms" - tragedia, dramat, dno i metr mułu, dlaczego - oto jeden z przykładów. Nasi koledzy żwawo nacierający bok w bok z nami mimo, że widzą rzucane w ich kierunku granaty (po czym poznaję, że widzą - krzyczą ostrzegając nas o rzeczonym fakcie), ale nie opuszczają stanowiska tylko stoją usilnie się ostrzeliwując - herosi?

Kolejna sprawa to fakt, że nawet jeśli wraży żołnierz stoi obok i bije kolbą, bądź bagnetem naszego towarzysza to "skrzydłowi" miast dźgnąć go sami względnie palnąć przez łeb czymkolwiek starają się koniecznie do niego strzelać... Jeśli natomiast chodzi o granaty to myślę, że nie skłamię, jeśli napisze, iż stały się niemal najważniejszą bronią do rażenia wroga. Niemcy rzucają je wręcz garściami i cała sytuacja sprawa wrażenie, że gdzieś muszą mieć jakieś taczki, w których są te granaty dowożone.

Ogólnie jestem raczej zawiedziony, szczególnie, że w poszczególnych misjach nie widać specjalnie dramatyzmu i rozmachu, który był obecny w pierwszej części CoD. Fakt, mapy są większe (można kilkoma drogami dojść do celu) i rzadko kiedy biegamy sami - zawsze współdziałamy w ramach oddziału. Ale zobaczymy, przecież to dopiero początek gry.

Finisz

No i udało się, kariera w CMR ukończona, wszystkie samochody odblokowane, moje ulubione wozy mają wszystkie ulepszenia zamontowane! Przy okazji zobaczyłem statystyki i dowiedziałem się, że łącznie zajęło mi to blisko 23 godziny grania. Teraz pozostały jeszcze mistrzostwa i szlifowanie wyników na poszczególnych trasach... ale to po dłuższym odpoczynku - nie chcę w pewnym momencie patrzyć na CMR, jak na grę, do której siadam z musu. W tej chwili przyszedł czas na coś kompletnie z innej beczki - Call of Duty 2. Niech wojna się rozpocznie.

Podsumowując Colin McRae Rally 05 mimo swojego, jak na grę, leciwego wieku trzyma się bardzo mocno, świetna grafika, szeroki wybór wozów i tras czyni ją najlepszą (z tych, w które grałem) ścigałką arcade z gatunku WRC. Pochwalić należy też zespół lokalizacyjny, oraz Leszka Kuzaja, który znakomicie sprawdza się w roli pilota - grając wspomniane dwadzieścia kilka godzin nie zauważyłem żadnych błędów, które powodowałyby płacz i zgrzytanie zębów po wylądowaniu na drzewie, którego nie zapowiedział pilot.

No i trasy. Po prostu boskie, każda oddaje idealnie specyfikę kraju, po którym jeździmy. Finlandia - szuter, drzewa, szuter, drzewa. Szwecja - Lód, drzewa, śnieg, śnieg, śnieg. Australia to szutry i długie pustynne proste, Anglia to błoto i deszczowe asfalty, Japonia to oczywiście ciasne i górzyste asfaltowe ścieżki, a USA powita nas górzystymi kanionami. Wiele by wymieniać - trzeba zagrać i koniec.

Yes, yes, yes!

Udało mi się wreszcie ukończyć w CMR Diamond Series na pierwszym miejscu - co prawda z półmiesięcznym opóźnieniem, ale wreszcie. Do zamknięcia całej gry został mi tylko Złoty Puchar w Diamond Series i wyposażenie wszystkich samochodów w dostępne upgrade - planowałem to zakończyć do końca czerwca, ale okazało się, że nie jest tak łatwo, ostatni rajd postawił jednak bardzo wysoko poprzeczkę. Co ciekawe udało mi się go wygrać Focusem, którym wcale nie jeździłem wcześniej - z tej grupy aut bowiem najlepiej jeździło mi się Peugeotem. Okazało się, że kluczem do zwycięstwa było obniżenie prześwitu - teraz Focus już nie wywracał się na każdej napotkanej hopie czy pochylonym szczycie. Może do urlopu się wyrobię i wreszcie rozpocznę wojnę w Call of Duty 2.

Ford Focus WRC

Żyłkę gracza powoli odkrywa w sobie Junior, który z okazji wolnego telewizora dorwał się do XBOXa i gania po mapie (na razie) boty w XIII. Co chwilę z pokoju obok słyszę: "RULEZ! Leży!".

A skoro wpis jest poświęcony grom, to dodam jeszcze, że pogłoski o rychłej śmierci PS2 są grubo przesadzone, konsola sprzedaje się wyśmienicie czym z pewnością pomaga ciekawa polityka SONY, które oferuje multum zestawów dopasowanych do każdego odbiorcy. Wczoraj bowiem osobiście widziałem w MM co najmniej kilka packów konkretnie spersonalizowanych - różowy (wiadomo - kobiety, różowa konsola i pady to jest to, co dziewczyny lubią najbardziej), party version PS2 z dwoma mikrofonami i Singstarem z polskimi piosenkami, oraz dla facetów w bundlu z wyścigami. Żaden zestaw nie był droższy niż 600 PLN.

Oniemiałem

Przeglądając dziś serwisy informacyjne o grach natrafiłem na wiadomość o premierze nowej polskiej budżetowej gry, której głównym bohaterem jest... Szybkie sprawdzenie daty w kalendarzu (czy przypadkiem nie 1 kwietnia), ale nie, to nie żart. Proszę obejrzeć okładkę.

Detektyw Rutkowski

Koniec świata... Wcielamy się bowiem w rolę najsławniejszego (z różnych powodów) polskiego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego i wraz z Rutkowski Patrol infiltrujemy przestępczy półświatek... Gra oferuje (podobno, bo nie ma do ściągnięcia wersji demo) widok z perspektywy trzeciej osoby (TPP) z możliwością przełączenia się widok "z oczu własnych" (FPP) i zalicza się do gatunku "skradanek"!!! Oj drżyj Samie Fisherze oraz kilkusetletni Złodzieju, nadchodzi Polak, który skopie Wam miejsca, poniżej których plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Gra "Detektyw Rutkowski - Is back!" kosztuje 9,99PLN i jest dostępna w sklepach od przedwczoraj - lecę, pędzę.

Jak tu żyć

Weekend minął tak szybko, że nawet specjalnie nie zauważyłem jego końca. Zmaganie się z bólem męczy człowieka tak szybko, szybciej niż wysiłek fizyczny. A miało być tak pięknie, cyzelowanie czasów w CMR z pomocą pożyczonej kierownicy, odpoczynek połączony z przyjemnością... No cóż może za cztery dni się uda, tyle, że już bez kółka, które jutro muszę oddać.

Dziś znowu nie udało mi się kupić Wprost w wersji z dołączoną CD (Propaganda PRL), całe szczęście, że można zamawiać brakujące numery wysyłkowo na stronie Wprost, która notabene w tej chwili nie działa - widać efekt rewelacji dot. "taśm Rydzyka". Przy okazji dziwna sprawa, że za zamówione DVD nie można zapłacić przelewem - do wyboru karta kredytowa lub pobranie, nastawiają się na zasobnych czytelników chyba.

Powoli nachodzi mnie pokusa wymiany kilku bebechów z mojego desktopa, zasadniczo nawet nie wiem czemu. Komputer jest w miarę silny, z wszystkim daje sobie spokojnie radę, ale przydałoby się urwać parę minut z czasu enkodowania video. Poza tym to chyba efekt tego, że dawno nic do niego nie było dokupowywane, starsi też lubią mieć nowe zabawki, prawda? Szczególnie, że Intel i AMD zapowiedziało spore obniżki w tym miesiącu... Ale stop. Udany urlop jest ważniejszy i prawdopodobnie na tą przyjemność pójdzie większa część kasy.

A co do urlopu... To jeszcze niecałe trzy tygodnie, a zacznie tak, jak w filmach Alfreda Hitchcocka - od trzęsienia ziemi, a potem napięcie będzie rosło. Tym trzęsieniem ziemi będzie oczywiście scenowe party, a później kilkasetkilometrowa wycieczka nad morze.

Ała...

No tak, ten piątek nie będzie zapamiętany, jako najprzyjemniejszy dzień (jak to zwykle bywa) w tygodniu. Wszystko zaczęło się już o 4 rano - standardowy ból brzucha przechodzący później w ból dolnej części pleców aż do podbrzusza, bokiem. Tradycyjny, około copółroczny rytuał niektórym znanym jako kolka nerkowa spowodowana przesuwaniem się kamienia. Kto nie miał to nie wie, jakie to atrakcje.

Kiedy doświadczyłem pierwszy raz powyższych "przyjemności" (ok. 7 lat temu, jeszcze mieszkałem z rodzicami) moja mama u lekarza spytała się jakiego to jest rodzaju ból - lekarz stwierdził - "to tak, jakby Pani rodziła, tylko 2x bardziej". Tak więc userki Joggera, które mają dzieci wiedzą mniej więcej czego doświadczam raz na jakiś czas.

A miało być tak pięknie, pożyczyłem bowiem wczoraj od znajomego kierownicę, aby jeszcze bardziej podkręcać czasy w CMR. Dostałem też do testowania Richard Burns Rally i GT Legends - niestety dzisiejszy dzień poświęciłem głównie na odsypianiu nocy i środków przeciwbólowych.

Ale jutro sobie pogramy, wrażenia z testowania kierownicy oczywiście zamieszczę na blogasku.

Środa minie - tydzień zginie

Równo dwa tygodnie temu pisałem, że prawdopodobnie do końca czerwca uda mi się skończyć CMR i zabrać się za własne przeżycie II Wojny Światowej z karabinem w ręku. Tak prosto niestety nie będzie z powodu parszywych Diamond Series w CMR - dramat normalnie. Podchodzę już do tego rajdu czwarty raz i najlepsze co mi się udało ugrać to trzecie miejsce w generalce po wszystkich wyścigach.

Tak, jak pozostałe rajdy udawało mi się kończyć na najwyższym stopniu pudła za maksymalnie trzecim razem to ten uparcie staje mi okoniem - czy tylko dlatego, że to jest ostatni to komputer tak się spręża? Czy może ktoś gra jeszcze w CMR 05 i może to potwierdzić, czy może ja jestem taki nieudolny?

Peugeot 206

Z pewnością na wyniki wpływają samochody, których akurat ja nie lubię - najlepiej jeździ mi się w tym rajdzie Peugeotem 206. Impreza, Lancer i Xsara jakoś nie pasują do poszczególnych odcinków, a Focus daje ostro ciała w Australii i Finlandii kiedy to na co większych hopach ląduje na boku lub dachu. I jak tu wygrać? Gdyby dało się pojechać Escortem Cosworth albo chociaż Celiką GT Four.

Tymczasem do weekendu coraz bliżej - tym razem nigdzie nie imprezuję, pora odpocząć.

Nie lubię poniedziałków

Zazwyczaj. Dzisiejszy natomiast jest (był) całkiem znośny, mimo, że to poniedziałek zaraz po weselu, o którym pisałem w poprzedniej notce.

W pracy ostry pociąg tak, że nawet nie było kiedy się zamartwiać, że człowiek się źle czuje i wczorajszy dzień spędził na popijaniu piwa w celu zaleczenia kaca.

Wieczór równie spokojny - rodzina ogląda po raz, chyba, setny Harrego Pottera i Więzień Azkabanu na DVD, a ja finiszuję CMR. Ostatnie wyścigi to niemal same rajdy samochodami RWD - oczywiście wybrałem Sierrę Cosworth (straszna "łódka", dodawanie gazu na zakrętach powoduje ostre pływanie tyłem).

Sierra Cosworth

W sobotę kolejna impreza - tym razem uderzamy z żoną i juniorem naszym Espero Cosworth do Grodziska Mazowieckiego.

Nowa era

Dzieci nie lubią przegrywać. Doskonałym tego przykładem jest mój Junior, któremu dosyć często zdarzało się ponosić porażki w popularną na całym świecie grę "papier, nożyce, kamień" - rozwiązaniem okazało się rozwinięcie tej gry o dodatkowy element: laser.

Oczywiście laser w grze "papier, nożyce, kamień, laser" zawsze wygrywa...

Co na horyzoncie?

Powoli zbliżam się do końca rajdów w CMR i oczywiście im dalej tym gorzej. Ostatnie rajdy to niemal non-stop szutry w deszczu, bądź Japonia wieczorem i w deszczu. Jak się jeździ po krętych trasach, gdzie większość kwestii wypowiadanych przez pilota (znakomity Leszek Kuzaj) to "dwa lewy zacisk" nie muszę chyba tłumaczyć - Ci, którzy grają wiedzą najlepiej.

Pora się więc z uwagi na powyższe było rozglądać za kolejną grą, która zaleczy pustkę po CMR 05 - miało paść na Colin McRae Dirt, ale po przeczytaniu sporej liczby opinii (np. tu, tu i tu) wychodzi na to, że będąc estetą (absolutne minima, przy których gram do 1280x1024, AAx2, AFx16) nie mam co podchodzić do nowej edycji wyścigów z moim komputerem. No cóż i tak gra wychodzi dopiero w drugiej połowie lipca... Wygląda pięknie i lista samochodów też imponująca (np. na obrazku poniżej Kamaz - mmmm), ale poczekam chyba jak Św. Mikołaj przyniesie mocniejszą kartę graficzną.

Colin McRae Dirt

Padło więc na Call of Duty 2. Gra zakupiona w MM leży na półce i czeka grzecznie kiedy skończę się ścigać. Jeszcze 4 rajdy plus upgradowanie odblokowanych samochodów - do końca miesiąca się wyrobię. A potem wojna.

Dzisiejszy dzień sponsorują...

...jazdy w CMR piękną, starą, oldschool i długo by jeszcze wymieniać - Celiką GT-Four. Jeszcze z czasów szkolnych pamiętam pokazywane w telewizji rajdy, gdzie wspomniana wiodła prym wśród szybko brudzących się błotem ryczących potworów. A jeździły nią takie sławy jak Didier Auriol, Carlos Sainz czy też Juha Kankkunen. Mimo, że w CMR dostępna też jest Celica siódmej generacji to "czwórka" bije ją "feelingiem" na głowę (oczywiście IMVHO).

Toyota Celica GT-Four

A w domu chory Junior. Coś zadziałały chyba pyłki ponieważ kaszle biedak raz, za razem od wczoraj. Dla pewności (wiecie, sobota - w nocy różnie może być) skoczyliśmy sobie na pogotowie - doktor podzieliła nasze diagnozy i przepisała syropki, tabletki itp. Młody niestety nie zachowywał się jak rasowy pacjent pogotowia - biegał w kółko dookoła ławek, w gabinecie buzia się nie zamykała, podczas badania sobie podśpiewywał, a na koniec zażądał możliwości skorzystania z wagi, miarki oraz ze zlewu w celu umycia rąk.

Karawana jedzie dalej

Po krótkiej przerwie spowodowanej służbowymi delegacjami, o których pisałem w poprzedniej notce udało mi się znaleźć chwilkę aby kontynuować karierę kierowcy rajdowego w CMR. Od razu nastąpił kolejny milestone w postaci odblokowania kolejnego mojego ulubieńca czyli Land Rovera Freelander. Jeśli ten samochód prowadzi się tak pięknie jak ludzie powiadają to jest to kolejny cel na mojej wishliście.

Land Rover Freelander

Gdyby ktoś miał wolne parę PLN i chciałby mi zrobić piękny prezent, to poproszę o info. Na przykład na Otomoto jest ładny, i kolor też odpowiada.

Kontakt

Jeśli koniecznie chcesz się ze mną skontaktować...

  • Jabber: delyra@jabber.wp.pl
  • GG: 765628
  • e-mail: daniel.kozminski@gmail.com
  • tel: +48605650809