Pchełka powiększająca favikonki

Gdyby ktoś potrzebował powiększyć favikonki komentujących nasze wpisy na Joggerze, to może skorzystać z poniższej pchełki napisanej przeze mnie w Javascript.

function resizeFav(){
    f = document.getElementsByClassName('favicon');
    for (i in f) {
        f[i].width = "50";
        f[i].height = "50";
    }
}

Oprócz samej pchełki potrzebna jest funkcja getElementsByClassName, jako, że używam Lightboxa to mam również dołączane Prototype, które zawiera potrzebny kod. Wszelka krytyka mile widziana - być może da się to jakoś zrobić jeszcze prościej ;)

Sam przeciw wszystkim

Kolejny dzień gry w Mortyra 3 zaowocował aż dwoma ukończonymi epizodami - nie ma co ukrywać, za krótkimi żeby je ocenić nawet na mocną czwórkę.

Pierwszy z nich (a trzeci z kolei) to wspomniany w poprzednim wpisie rajd na warsztat naprawczy czołgów pod Płockiem. Rozpoczynamy misję kilka kroków od obozu, w którym to hitlerowcy konserwują swoje stalowe rumaki, po rozbiciu kilku patroli docieramy, w międzyczasie zdobywając snajperskiego Mausera 98k, do bram. I tu kolejna rzecz, która mi się bardzo nie spodobała - nasz bohater podczas celowania przez lunetę dosłownie zastyga w ruchu, nie ważne czy kucamy, leżymy względnie biegniemy - obraz w lunecie jest idealnie stabilizowany. Z drugiej strony nie można się spodziewać specjalnego realizmu w grze wybitnie budżetowej.

Po dotarciu do obozu standardowo eksterminujemy napotkanych pachołków Hitlera i wkraczamy do warsztatu, niestety sprytni Niemcy zamykają nam drzwi za plecami czym odcinają nam drogę ucieczki - trudno, darmo, trzeba się przebijać przez halę zastawioną maszynami aby dostać się do czołgów, wcześniej otwierając zatrzaśnięte bramy. Na zewnątrz podkładamy pod czołgi świąteczne paczki z dynamitem i zwiewamy na z góry upatrzone pozycje, ale... Okazało się, że w pobliżu przypadkiem przejeżdża kolumna czołgów, która zaalarmowana wybuchami z warsztatu postanowiła sprawdzić czy może nie trzeba pomóc - z ucieczki nici. Na nasze szczęście przed budynkami stoi sobie działo przeciwpancerne z kompletem amunicji - dlaczego więc z niego nie skorzystać, szybko podbiegamy i z bezpiecznej odległości wysyłamy nadciągające Tygrysy do krainy wiecznego złomu. Niestety gdy byliśmy zajęci nierówną (oczywiście nierówną dla kolumny pancernej) walką z nacierającym żelastwem od tyłu otoczyli nas wrogowie - jedyne co zrozumiałem to znajome z wielu filmów "Hände hoch" i gest powitalny w postaci uderzenia kolbą. Zostaliśmy pojmani...

Czwarty epizod rozpoczynamy budząc się "na dołku". Po przetarciu oczu na więziennym stoliku zauważamy zawiniętą w gryps pigułkę - "Jeśli chcesz się wydostać połknij ją". Tak rzecze napis na karteczce, cóż mamy do stracenia - połykamy i... odpływamy. Kolejne przebudzenie następuje w kostnicy, gdzie czeka na nas przedstawicielka AK, która to podrzuciła nam sposób na wydostanie się z niemieckiej celi, dołączamy do niej i zostawiając za sobą trupy strażników uciekamy z więzienia - jak się później okazuje znaleźliśmy się w okupowanej Warszawie!

Dalszy ciąg czwartego epizodu to napad na bank... Tu nieco zatrzymam się z relacją, bo nie wytrzymałem. Czy ktoś mi może wytłumaczyć po co partyzantom pieniądze z niemieckiego banku? Skoczą z wózkiem do najbliższego marketu żeby sobie dokupić broni względnie amunicji? Znacznie lepszy byłby napad na transport zaopatrzenia względnie jakiś arsenał, no cóż - tu scenarzyści dali plamę po całości. Wracając do akcji to przebiegła gładko, jak po maśle - Niemcy widać myśleli tak, jak ja i bank nie był za mocno broniony, naliczyłem mniej niż dziesięciu strażników, z czego połowa miast zabarykadować się w środku i wezwać posiłki wybiegła nam na wprost padając od razu na ziemię pod zmasowanym ogniem żołnierzy AK. Szybka przebieżka po wnętrzach banku połączona ze strzelaniem zza rogu, wysadzenie drzwi od skarbca i już uciekamy podstawioną ciężarówką... CDN.

Easter egg

Tak, jak wczoraj pisałem nie ma co oceniać gry po pierwszej misji - na początku było dosyć średnio, a później powoli akcja się rozkręca. W drugiej misji Mortyra 3 uderzamy na stację kolejową zajętą przez niemiecki garnizon w celu wysadzenia mostu, przez który będzie wkrótce przejeżdżać transport broni i czołgów.

Niezwykle mnie ucieszyła sceneria niemalże wyjęta ze starych międzywojennych pocztówek. Od razu widać, że to Polska - jaki by nie był silnik napędzający grę to twórcy poziomów doskonale spełnili swoje zadanie. Przy okazji przeskakując przez "zaparkowane" na stacji wagony udało mi się podejść blisko do budynku z poczekalnią żeby zobaczyć w jakim mieście toczy się akcja... I oto co zobaczyłem:

Mortyr 3
Kliknij w obrazek aby powiększyć

Po przebiciu się przez stację docieramy do właściwego celu naszej akcji dywersyjnej czyli mostu, który po oczyszczeniu z wartowników otulamy szczelnie materiałami wybuchowymi, czas więc na ucieczkę - ale nie ma tak łatwo, wcześniej musimy jeszcze odeprzeć atak samolotów, które zaalarmowane nieudolnością garnizonu strzegącego słynnego peronu lecą z odsieczą uratować most. Szczęśliwym trafem na moście zainstalowany jest całkiem sprawny karabin maszynowy z pomocą którego rozpędzamy całą eskadrę. Uff, misję kończy cut-scenka z transportem czołgów spadającym do rzeki po wysadzeniu mostu.

Jak napisałem już powyżej drugi epizod jest o wiele lepszy niż nudne przedzieranie się do obozu partyzantów na początku gry. Ja natomiast dalej czekam na dywersje w Warszawie - następna misja to sabotaż w fabryce czołgów pod Płockiem. Ku chwale ojczyzny!

Pierwsze koty za płoty

Wczoraj ukończyłem Ubersoldiera - jednak przechodzenie gry po raz kolejny to nie to samo, jest zdecydowanie łatwiej, chociaż przyjemność pozostaje niemalże ta sama. Po prostu miast rozwiązywać zadania - po prostu pamiętamy jak to zrobić z poprzedniej sesji, mimo, że odbywała się ona 2 lata temu. Pamiętam kilka momentów w grze, kiedy to potrafiłem spędzić kilka godzin nad przejściem określonego etapu - chociażby walka z końcowym "Ubersoldierem" - teraz przeszły niemal od ręki.

Kolejny w szeregu jest Mortyr 3, trzeba bowiem popierać polskie produkcje, szczególnie te, które wnoszą coś nowego - tak miało być. Trzecia część przygód Sebastiana Mortyra ma podtytuł "Akcje dywersyjne" - zapowiadało się ciekawie, na okładce stoi napisane:

"Wspomóż polski ruch oporu! Weź udział w najbardziej brawurowych akcjach dywersyjno-sabotażowych: walcz w okupowanej Warszawie. Wysadzaj mosty i napadaj na niemieckie konwoje"

Whoa, partyzantem fajnie być, poza tym takiej zabawy jeszcze nie mieliśmy, dodając fakt, że gra kosztowała zaledwie 19,99 polskich nowych złotych zapowiadało się całkiem nieźle... Ale miłe złego początki. Otóż pierwsza niespodzianka spotkała mnie już w menu, kiedy to okazało się, że do wyboru są raptem DWIE rozdzielczości: 1024x768 i 1280x960 - żadna z nich nie jest natywną mojego monitora. Według mnie to poważna wpadka, szczególnie, że LCD 17" to chyba najbardziej rozpowszechnione modele na rynku, a obecnie trend kieruje się w stronę paneli panoramicznych - posiadacze tychże będą w kompletnej kropce. Trudno.

Pierwsza misja polegała na dotarciu ze strefy zrzutu (docieramy do okupowanej Polski z Wielkiej Brytanii samolotem i wyskakujemy ze spadochronem) do wsi, w której czekają nas partyzanci. Niestety podstawiona po nas ciężarówka zostaje ostrzelana przez niemiecki pościg i będziemy zmuszeni pokonać spory kawałek na piechotę - na dodatek tylko z pistoletem. No właśnie - na piechotę. Otóż nasz bohater rusza się jak, nie przyrównując, mucha w smole - i to bardzo gęstej, może kiedy gra będzie (o ile) się toczyć w budynkach nie będzie to takie widoczne, ale na otwartych przestrzeniach razi to mnie strasznie. Jeśli mówimy już o przestrzeniach to rewelacji w grafice do tej pory nie uświadczyłem - w sumie nie ma się co dziwić ponieważ Mortyr 3 jest zbudowany na silniku Chrome, który to do najnowszych zdobyczy techniki już nie należy. Głupio jednak wygląda sytuacja kiedy to czołgamy się przez płaskie bitmapy udające trawę i kwiatki - szczególnie w 2007 roku, kiedy to Techland (właściciel Chrome) ma znacznie lepszy silnik, ten wykorzystany w Call of Juarez. Może po prostu był za drogi dla twórców Mortyra?

No i jest trudno, powiedziałbym nawet, że bardzo trudno - niemieccy żołnierze strzelają bowiem z zegarmistrzowską precyzją i wydaje mi się, że nie ma specjalnej różnicy dla nich czy kucamy, leżymy względnie biegniemy zygzakiem dodatkowo skacząc - trafiają niemal zawsze, a apteczek nie ma wiele

Zobaczymy jak będzie dalej. Pierwsze koty za płoty - czekam na etapy w Warszawie!

Pożegnanie lata

Wczoraj w przedszkolu u Juniora odbywała się spora impra z okazji pożegnania lata, nawiasem mówiąc w tym wieku do imprez jeszcze są potrzebne okazje - co za przeżytek, nieprawdaż? Na początek przewidziany był występ z piosenkami wykonywanymi przez przedszkolaków, a później poczęstunek przy ognisku dla wszystkich zgromadzonych rodziców - podobno szaszłyki z owoców przygotowywały same dzieci. Oprócz tego obowiązkowa kiełbaska pieczona oraz herbata z wielkich kubłów.

Otóż Junior jak zwykle postanowił nie brać udziału w śpiewach tylko od początku pilnował ogniska, żeby przypadkiem nie zgasło, ani żeby nikt nie zajął nam najlepszego miejsca - śpiewać to On woli, jak przyznał, samemu sobie, a nie na pokaz. I tu ciekawa sprawa, wyobraźcie sobie, że możecie pilnować dziecko patrząc na nie przez kilka godzin non-stop, a wystarczy na sekundę odwrócić głowę i w tej właśnie sekundzie, jednej z kilkunastu tysięcy, dziecko się wywróci - tak też było wtedy. Wystarczyło, że rozejrzałem się gdzie małżonka - odwracam się, a Junior leży... To tak dla "nierodziców" - osoby cieszące się dziećmi mają to z pewnością codziennie.

Dla chętnych tutaj jest kawałek występu dzieci z przedszkola w Radomiu, oraz fragment pieczenia kiełbasek.

Jeśli chodzi o pozostałe rozrywki to nadrobiłem zaległości w Ubersoldierze powstałe przez wypadek, o którym pisałem ostatnio i całkiem sprawnie posuwam się do przodu - nawet pamiętam niektóre rozwiązania, które pomogły mi przejść tą grę, w sumie ładny czas temu. Szczerze mówiąc, to według mnie Nadżołnierz wcale się nie zestarzał - gra się cały czas bardzo przyjemnie i nawet grafika, w czasach Bioshocka i innych cudów na X360 nie odstrasza. Jedyna rzecz, na którą zwróciłem uwagę już podczas pierwszej przygody to fatalna "gra" aktorów (a może to sami programiści podkładają głosy?), którzy użyczyli swoich głosów bohaterom Ubersoldiera. Tragicznie bowiem wygląda sytuacja, kiedy właśnie zabiliśmy załogę niemieckiego U-boota, jesteśmy na pełnym morzu i atakuje nas kilka niszczycieli, a Karl Stolz (nasz ponadczłowiek) spokojnym, wręcz brzmiącym jak świeżo obudzony, głosem kontaktuje się w sprawie posiłków z aliancką grupą ratunkową...

Dramat w jednym akcie

Wielka kotwica w plecy dla odpowiadających za tworzenie (niektórych) gier - a o co chodzi? Otóż tak, jak to powinno być, Junior jest posiadaczem własnego konta na mojej maszynie, konto oczywiście jest z ograniczeniami - nie można nic instalować, na Firefoksie jest zdefiniowana lista stron, które może odwiedzać z ikonkami na toolbarze (bo Junior jeszcze czytać nie potrafi, ale we flashowe zabawy jest mistrzem).

Problem powstał kilka dni temu, kiedy po raz kolejny zainstalowałem SOBIE Ubersoldiera, aby przypomnieć sobie, jak to fajnie jest wykorzystywać przewagę nad hitlerowcami w postaci tarczy czasowej. Otóż po powrocie z pracy uruchamiam grę i... nagle zniknęły moje zapisane stany gry... No dramat, ze dwa dni grania poszło w tak zwane, przysłowiowe cztery litery. Jako, że komputer i system mam uczciwie pielęgnowany więc żadne samoczynne sztuczki magiczne nie wchodziły w grę to podejrzenie padło na moją głupotę, że pewnie zapomniałem się wylogować i Junior sobie pohasał po moim pulpicie, a że nie znając gry po prostu zamiast LOAD nacisnął DELETE. Krótka rozmowa z następcą tronu wyjaśniła sprawę... Otóż programiści nie przewidzieli, że istnieją komputery pracujące pod Windows, które są użytkowane przez kilka osób - program instalacyjny nawet nie raczył się spytać czy ma grę uczynić dostępną dla wszystkich użytkowników maszyny, po prostu dodał sobie skróty na pulpicie dla wszystkich kont (nie ominął nawet konta mojej szanownej małżonki), a folder ze stanami gier uczynił dostępnym dla wszystkich lokalnych użytkowników... Efekty już znacie.

Co do samego Ubersoldiera to wcale nie widać po nim specjalnie zęba czasu, pomysł z ulepszeniem żołnierza o osobistą tarczę czasową według mnie był bardzo fajny i gra też się bardzo miło - szczególnie polecam wpadnięcie do jakiejś większej sali wypełnionej wrażymi wojakami z uruchomioną tarczą. Wszyscy walą z czego popadnie, a kule zatrzymują się na tarczy - wyłączamy ją i pociski wracają do właścicieli, w ten sposób możemy załatwić garnizon SS bez jednego wystrzału. Polecam.

Ciężki tydzień

To już koniec. Po miesiącu przygody z Painkillerem udało mi się ukończyć grę wraz z dodatkiem Battle Out of Hell czas więc na podsumowanie i kilka refleksji.

Gra ta doskonale nadaje się na odreagowanie od codziennego życia, hordy wrogów nacierające na nas z zewsząd eksterminowane za pomocą szerokiego arsenału broni powodują powstawanie przyjemnego, szerokiego banana na twarzy. Nic tak nie poprawia humoru jak rozpłatanie wielkiego madafakera na kilkanaście części kilkoma celnymi salwami z kilkolufowego shotguna, nic nie polepszy nam samopoczucia tak, jak zdjęcie kąsającego potwora z dalekiej skały wyrzutnią drewnianych kołków zaopatrzoną w snajperską lunetę. I nic tak nie oderwie nas od codziennych kłopotów jak wysłanie naprzeciw pędzących wrażych kolumn serii kilku rakiet z podręcznej wyrzutni. Polecam.

Teraz mam zamiar po raz kolejny zagrać w Ubersoldiera (nie wiem czemu ta gra nie zdobyła popularności), a potem coś wybierzemy z półki w sklepie, a może po prostu poczekamy na pojawienie się w sklepach FIFA 08, premiera już za tydzień. Znając jednak siebie to ponowne przejście Ubersoldiera zajmie mi więcej niż tydzień - jakoś nie mam ostatnio czasu w ciągu tygodnia żeby usiąść i porządnie pograć - dlatego też Painkiller zajął mi ponad miesiąc.

Z tematów niegrywalnych dodam, że kilka dni temu uprzejmy pan z obsługi stacji Orlenu na ul. Żółkiewskiego przy "Kerfurze" w Radomiu usiłował wlać ropę do mojego Coswortha i strasznie się dziwił, że wlot od pistoletu coś nie pasuje - ale naciskał sprawnie i 0,7 litra udało mu się nalać zanim mu wyrwałem wąż z ręki. Nie pozdrawiam i nie polecam tej stacji, a czytającym radzę zgłaszać pracownikom stacji benzynowych, że sami sobie nalejecie. Łaski bez.

Perły z lamusa

Od dziś mam zamiar na swoim blogasku publikować przedruki z bardzo starej (czasem starszej niż, podejrzewam, spora część joggerowiczów) prasy komputerowej ilustrujące rzeczy, które w tych czasach były hipernowością, a dziś jest to codzienność bez której czasami nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić rzeczywistości. Na początek będą to karty Compact Flash i taki news (źródło: Bajtek, lata 90-te).

Compact Flash
Kliknij w obrazek, aby powiększyć

Fascynujące, prawda? Zauważcie, że redaktorzy piszący tą informacje przewidywali zastosowanie popularnych ceefek w postaci pamięci operacyjnej, a nie jak to się później przyjęło - masowej. Kto zresztą w tych czasach myślał, że w niektórych przypadkach karty Compact Flash zastąpią twarde dyski i osiągną pojemności rzędu gigabajtów...

Lucyfer is dead

Wreszcie korzystając z wolnego czasu i weekendu (który niestety zbliża się do końca) udało mi się ukończyć Painkillera. Lucyfer padł już po kilku podejściach i "podstawkę" można uznać za "odfajkowaną", teraz dodatek - Battle Out of Hell.

Pierwsze dwa etapy dodatku mam już za sobą i muszę przyznać, że spodziewałem się, jak to często w dodatkach bywa, odgrzewanych kotletów i powielania tego, co widzieliśmy w podstawowej części zmagań. W tym miejscu chciałbym pogratulować designerom poziomów ponieważ jest dobrze, a nawet bardzo dobrze - wesołe (hmm) miasteczko wgniata w fotel, a podróż rollercoasterem i strzelanie podczas jazdy na tyle mnie zafascynowało, że zagrałem sobie w ten etap kilka razy, świetny pomysł.

Wyszukując powoli kolejną grę, która zajmie mi wolny czas przeglądałem dziś strony z recenzjami i wersjami demo gier. Bardzo mnie ucieszyła informacja, że jest już demo drugiej części Ubersoldiera - gry raczej mało popularnej (a szkoda, bo to zacny tytuł i grało się bardzo przyjemnie) pewnie przez słabą reklamę - i właśnie ściągam wersję demo. I tu jedna uwaga. Do tego, że wersje demo rzadką zajmują mniej niż 0,5 GB zdążyłem się już przyzwyczaić, ale nie dość, że na każdym serwisie oferującym pobieranie dem trzeba się przebić przez tony reklam i czekać po pół godziny w kolejce na wolny slot, to jeszcze transfer jest jak krew z nosa. Czy znacie może jakieś alternatywne, nieoblegane serwisy, może FTP, z których bezboleśnie i szybko można ściągać nowe dema gier?

W tej chwili, jako następny cel ustawiam coś z tej listy: Xpand Rally Extreme, Medal of Honor: Airborne, Bioshock. Zobaczymy.

Pracowicie jak mróweczka

Weekend w mordę jeża - podobno służy do odpoczywania... Wstałem dziś o barbarzyńskiej godzinie, której w sobotę nie powinno wcale być czyli o 7:00, szybkie odświeżenie i w samochód ze znajomymi do mechanika - Cosworth potrzebuje bowiem nowych amortyzatorów. Kilka stówek przy okazji opuści ciepłe i przytulne miejsce w portfelu, co zrobić.

Później szybkie pranie ponieważ kosz na noszone ubrania i bieliznę powoli zaczynał się kończyć - powinni jakieś większe te pojemniki robić. Z praniem ogólnie zaczyna się robić mały problem gdyż czasy słońca i ciepła na balkonie powoli się kończą, tak to się wrzuciło do pralki i po godzinie wiszenia na balkonie można było prasować i było z głowy. A teraz? W domu rzeczy schną czasem i po półtora dnia, a miejsca do wywieszania też nie ma za wiele - któż by chciał żeby mu w pokoju stała suszarka i zajmowała kawał mieszkania. Nie lubię jesieni, a zimy to już w ogóle.

Od momentu, kiedy jedna z kości pamięci w moim komputerze przestała biegać z wyśrubowanymi timingami to "cierpię" z powodu zbyt małego komfortu pracy, niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić jak wielka jest różnica pomiędzy 768 MB, a 1 GB - niby tylko 256 MB, ale przy pracy z jednocześnie zalogowanymi kilkoma użytkownikami, z których każdy ma uruchomione tysiąc aplikacji... A co tam tysiąc, sam Firefox potrafi zeżreć ponad 100 MB pamięci - przełączanie z jednego użytkownika, na drugiego zajmuje kilka ładnych sekund - system musi podnieść z pliku wymiany całkiem sporo nieużywanych przez pewien czas danych. Jako taki komfort zaczyna się dopiero właśnie przy 1 GB, oczywiście dla jednego użytkownika. Cóż, kolejny wydatek.

Genialne trailery

Nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem Simpsonów, może również dlatego, że nie miałem okazji oglądać tego serialu regularnie. Tymczasem niedawno weszła na ekrany pełnometrażowa wersja Żółtego Świata i, jak można się było spodziewać, za momencik ukaże się gra na pecety i wszelkie możliwe konsole. Gra, obym się mylił, pewnie będzie średnia (jak większość gier "żerujących" na popularności pierwowzoru) i nie wniesie nic nowego na nasze maszynki do grania.

Ale jest jedna rzecz, która już przed oficjalnym pojawieniem się pudełek na sklepowych półkach sprawi, że gra będzie zapamiętana - są to naprawdę bardzo udane trailery* i kampania promocyjna parodiująca inne tytuły. Szczególnie polecam trailer o intrygującej nazwie Medal of Homer oraz końcówkę zwiastuna z E3, gdzie na końcu (jak zwykle ultrapoważny) lektor oznajmia: "Coming this fall on every consoles... ever made".

The Simpsons Game

Gratuluję specom od reklamy EA, ponieważ teraz naprawdę jest bardzo ciężko wymyślić coś oryginalnego, coś co może uratować (obym się mylił po raz drugi) prawdopodobnie grę, która by zginęła w gąszczu innych.

* Od czasu Rayman Raving Rabbids 2

No i (prawie) wykrakali

Wczoraj siedziałem sobie w pracy i błogie kodowanie w Visual Basic przerwała mi melodia z dema Odd Stuff, którą mam ustawioną w telefonie, jako dzwonek dla tych, których znam - dzwoniła żona, żeby mi się pochwalić, że w drodze do pracy złapała gumę... Od razu zaczęło się paniczne poszukiwanie kogoś, kto by pomógł małżonce w wymianie koła na zapas i szybkie dojechanie do pracy - niestety się nie udało i samochód trzeba było zostawić na krawężniku ponieważ ja akurat byłem sam w pracy i wyskoczenie na chwilę i podmianka kółka nie wchodziła w rachubę... A nuż będzie jakaś robota "na_za_10_minut". Koniec końców udało mi się dodzwonić do kumpla, który akurat ma wolny zawód i obiecał, że podjedzie jak żona skończy pracę (koło 12:00).

No i pamienili, podjechali od razu do wulkanizacji żeby załatać. Okazało się, że dziurki nie było, ale był uszkodzony wentyl, co spowodowało schudnięcie portfela o zaledwie 15 Polskich Nowych Złotych. Normalnie komentujący poprzedni wpis prawie wykrakali...

Z rzeczy przyjemniejszych mogę napisać, że kończę "podstawkę" do Painkillera - jestem już na walce z Lucyferem we własnej osobie, jest ciężko - wielki to madafaker, poza tym do pomocy ma całą zgraję truposzy, którzy ciągle się spawnują obok naszego bohatera i prą naprzód jak Lemingi. Damy radę.

Poza tym do końca tygodnia nie ma mnie w pracy ponieważ uczestniczę w czterodniowym szkoleniu z Visual Basica .NET, który to miał być kursem dla zaawansowanych, niestety okazało się, że grupa jest bardzo nierówna i prowadzący musiał przez cały dzisiejszy dzień opowiadać o podstawach aby niektórzy mogli złapać charakterystykę VB i pozbyć się naleciałości z dziwnych wynalazków typu C++ czy też Pythonów i PHP ;) Jako kolejny plus dodam, że "w bundlu" z kursem dostaliśmy całkiem ciekawe (tak wynika z pobieżnego przekartkowania) książki, oczywiście made in Helion, książki o Visual Basic .NET. Prowadzący widać, że zna się na rzeczy i nie udało się nikomu jeszcze go zagiąć, tak więc jest bardzo w porządku i liczę na solidne pogłębienie wiedzy. A tak na marginesie, czy ktoś z czytających tego blogasa spotkał się z wymową SQL - "sikłel" (jak sequel)? Prowadzący używa takiej wymowy, ja muszę się przyznać, że pierwszy raz słyszę.

Bólozabijacz

Robienie czegoś, co jest niefajne, mało przydatne IMO i raczej nieładne jest średnio przyjemne. Jedynym plusem takiego procederu są korzyści finansowe i z pewnością doświadczenie. Jednak nie zawsze robi się to, co jest fajne, rozwijające i pozwalające na późniejsze zadowolenie z własnej pracy.

Ale nie o tym miało być, tak tylko podczas przeklikiwania się przez panel administracyjny mi się skojarzyło... Dziś miało być o Painkillerze, który zawładnął moim wolnym czasem od dłuższego czasu - a jest o czym pisać. Gra pozwala na niemal doskonałe odmóżdżenie się po dniu w pracy, na działce lub zakupach - hordy potworów, katów i wynaturzeń, które pojawiają się wielkimi zgrajami, WIELCY bossowie przemyślnie zaprojektowani tak, aby maksymalnie utrudnić nam życie, a najlepiej go nas pozbawić to jest to! Dokładając do tego wąski, ale fenomenalnie opracowany arsenał czyni Painkillera doskonałą grą na wieczory, podczas których - zapewniam - żaden porządny madafaker nie będzie się nudził. Nic bowiem tak nie odpręża jak wbiegnięcie do malowniczej (architektura to kolejny mocny punkt tej gry) sali z shotgunem i eksterminacja hord przeciwników, a następnie połykanie ich dusz! Oprócz wspomnianego shotguna mamy do dyspozycji m.in. miniguna, wyrzutnię rakiet, "prądownicę" zamieniającą nas w miotającego wiązkę energii Imperatora ze Star Wars, moją ulubioną kołkownicę - wyrzutnię drewnianych kołków, że wymienię tylko te najważniejsze. Do tego znakomita muzyka... czego oczekiwać więcej.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie... Tragiczne według mnie cutscenki pomiędzy poziomami - jak w tak dobrej grze można było zamieścić taki kicz i lipę? Naprawdę muszę się ostro trzymać fotela żeby nie podskoczyć do klienta pocztowego i nie wygarnąć na e-mail kontaktowy People Can Fly dwóch słów, w tym trzech brzydkich. Poza tym nie wiem jak jest w innych wydaniach ale Painkiller Black Edition jest solidnie zabugowany. Po pierwsze napisy we wspomnianych cutscenkach absolutnie nie trafiają w to, co mówią "aktorzy"... Ehh, nie trafiają to mało powiedziane - późnią się o około minutę. Poza tym czasem dźwięk potrafi się solidnie przyciąć - np. działają "odgłosy środowiskowe" czyli tupanie, strzelanie i krzyki wrażych wojsk, a muzyka ma czkawkę - co ciekawe, zdarza się to na niektórych poziomach, na pozostałych (na szczęście w większości przypadków) jest w porządku.

Mimo wszystko, polecam każdemu - szczególnie, że grę można nabyć w kolekcji Xtra Klasyka w cenie poniżej 20 złotych, co za taką pozycję jest ceną żadną.

A jako superbonus - teledysk kapeli Mech (POLSKA!) z teledyskiem z gry Painkiller.

Wielkie cztery litery

No i z podróży zapowiadanej w poprzednim wpisie wyszły wielkie cztery litery... Żona raczyła się dosyć poważnie rozchorować i dwa dni mieliśmy wycięte z życiorysu, a tak miało być pięknie i relaksująco - na szczęście wyjazd został tylko przełożony, a nie odwołany. Najnowsze plany są takie, że jedziemy w weekend. Zobaczymy jak to będzie.

Dzisiejszy dzień mam zamiar poświęcić na zrobienie zaległych porządków w swoim pokoju, szczególnie w tzw. "szafie pełnej niespodzianek", powywalać niepotrzebne graty, a te które nadają się na sprzedaż pójdą na allegro. Na razie zreorganizowałem regalik z grami i co ciekawszymi elementami kolekcji starych komputerów.

Regalik

Jakoś ostatnimi dniami mam awersję do grania, kilka dni temu zauważyłem w MM Painkiller Black Edition (zawiera dodatek), wczoraj zainstalowałem i przeszedłem kilka pierwszych etapów - gra mroczna jak cholera, trzeba mieć dobry wzrok, żeby cokolwiek ujrzeć. Na pierwszy rzut oka uwagę przykuwają hordy potworów do unicestwienia - dziesiątki suną na naszego bohatera ze śmiercią na ustach, szczerze mówiąc w żadnej poprzedniej grze nie doświadczyłem takich zgraj jednocześnie atakujących głównego aktora. Gra doskonale nadaje się na relaks po nużącym dniu pracy.

Jeśli już mówimy o pracy, to niestety urlop się już kończy i pojutrze wracam do pracy. Jaki jest mój nastrój - nie muszę chyba pisać.

Jakoś nie tak, jak być powinno

Ci, którzy czytają od czasu do czasu tego bloga wiedzą pewnie, że aktualną grą na tapecie jest Call of Duty 2. Gra niemłoda już, ale do tej pory granie w wyższych rozdzielczościach i w pełnych detalach sprawia problemy niejednemu komputerowi. Ale nie o tym miało być.

Gra się lekko, łatwo i przyjemnie... aż może za bardzo - powiedziałbym, że nawet na wyższych poziomach trudności jest ZA ŁATWO, poprzednia część (a w szczególności dodatek United Offensive) stawiała poprzeczkę znacznie wyżej - a może jestem już po prostu dobrze wytrenowany? Kolejna rzecz, która woła o pomstę do nieba to zachowanie się "brothers in arms" - tragedia, dramat, dno i metr mułu, dlaczego - oto jeden z przykładów. Nasi koledzy żwawo nacierający bok w bok z nami mimo, że widzą rzucane w ich kierunku granaty (po czym poznaję, że widzą - krzyczą ostrzegając nas o rzeczonym fakcie), ale nie opuszczają stanowiska tylko stoją usilnie się ostrzeliwując - herosi?

Kolejna sprawa to fakt, że nawet jeśli wraży żołnierz stoi obok i bije kolbą, bądź bagnetem naszego towarzysza to "skrzydłowi" miast dźgnąć go sami względnie palnąć przez łeb czymkolwiek starają się koniecznie do niego strzelać... Jeśli natomiast chodzi o granaty to myślę, że nie skłamię, jeśli napisze, iż stały się niemal najważniejszą bronią do rażenia wroga. Niemcy rzucają je wręcz garściami i cała sytuacja sprawa wrażenie, że gdzieś muszą mieć jakieś taczki, w których są te granaty dowożone.

Ogólnie jestem raczej zawiedziony, szczególnie, że w poszczególnych misjach nie widać specjalnie dramatyzmu i rozmachu, który był obecny w pierwszej części CoD. Fakt, mapy są większe (można kilkoma drogami dojść do celu) i rzadko kiedy biegamy sami - zawsze współdziałamy w ramach oddziału. Ale zobaczymy, przecież to dopiero początek gry.

Finisz

No i udało się, kariera w CMR ukończona, wszystkie samochody odblokowane, moje ulubione wozy mają wszystkie ulepszenia zamontowane! Przy okazji zobaczyłem statystyki i dowiedziałem się, że łącznie zajęło mi to blisko 23 godziny grania. Teraz pozostały jeszcze mistrzostwa i szlifowanie wyników na poszczególnych trasach... ale to po dłuższym odpoczynku - nie chcę w pewnym momencie patrzyć na CMR, jak na grę, do której siadam z musu. W tej chwili przyszedł czas na coś kompletnie z innej beczki - Call of Duty 2. Niech wojna się rozpocznie.

Podsumowując Colin McRae Rally 05 mimo swojego, jak na grę, leciwego wieku trzyma się bardzo mocno, świetna grafika, szeroki wybór wozów i tras czyni ją najlepszą (z tych, w które grałem) ścigałką arcade z gatunku WRC. Pochwalić należy też zespół lokalizacyjny, oraz Leszka Kuzaja, który znakomicie sprawdza się w roli pilota - grając wspomniane dwadzieścia kilka godzin nie zauważyłem żadnych błędów, które powodowałyby płacz i zgrzytanie zębów po wylądowaniu na drzewie, którego nie zapowiedział pilot.

No i trasy. Po prostu boskie, każda oddaje idealnie specyfikę kraju, po którym jeździmy. Finlandia - szuter, drzewa, szuter, drzewa. Szwecja - Lód, drzewa, śnieg, śnieg, śnieg. Australia to szutry i długie pustynne proste, Anglia to błoto i deszczowe asfalty, Japonia to oczywiście ciasne i górzyste asfaltowe ścieżki, a USA powita nas górzystymi kanionami. Wiele by wymieniać - trzeba zagrać i koniec.

Yes, yes, yes!

Udało mi się wreszcie ukończyć w CMR Diamond Series na pierwszym miejscu - co prawda z półmiesięcznym opóźnieniem, ale wreszcie. Do zamknięcia całej gry został mi tylko Złoty Puchar w Diamond Series i wyposażenie wszystkich samochodów w dostępne upgrade - planowałem to zakończyć do końca czerwca, ale okazało się, że nie jest tak łatwo, ostatni rajd postawił jednak bardzo wysoko poprzeczkę. Co ciekawe udało mi się go wygrać Focusem, którym wcale nie jeździłem wcześniej - z tej grupy aut bowiem najlepiej jeździło mi się Peugeotem. Okazało się, że kluczem do zwycięstwa było obniżenie prześwitu - teraz Focus już nie wywracał się na każdej napotkanej hopie czy pochylonym szczycie. Może do urlopu się wyrobię i wreszcie rozpocznę wojnę w Call of Duty 2.

Ford Focus WRC

Żyłkę gracza powoli odkrywa w sobie Junior, który z okazji wolnego telewizora dorwał się do XBOXa i gania po mapie (na razie) boty w XIII. Co chwilę z pokoju obok słyszę: "RULEZ! Leży!".

A skoro wpis jest poświęcony grom, to dodam jeszcze, że pogłoski o rychłej śmierci PS2 są grubo przesadzone, konsola sprzedaje się wyśmienicie czym z pewnością pomaga ciekawa polityka SONY, które oferuje multum zestawów dopasowanych do każdego odbiorcy. Wczoraj bowiem osobiście widziałem w MM co najmniej kilka packów konkretnie spersonalizowanych - różowy (wiadomo - kobiety, różowa konsola i pady to jest to, co dziewczyny lubią najbardziej), party version PS2 z dwoma mikrofonami i Singstarem z polskimi piosenkami, oraz dla facetów w bundlu z wyścigami. Żaden zestaw nie był droższy niż 600 PLN.

Oniemiałem

Przeglądając dziś serwisy informacyjne o grach natrafiłem na wiadomość o premierze nowej polskiej budżetowej gry, której głównym bohaterem jest... Szybkie sprawdzenie daty w kalendarzu (czy przypadkiem nie 1 kwietnia), ale nie, to nie żart. Proszę obejrzeć okładkę.

Detektyw Rutkowski

Koniec świata... Wcielamy się bowiem w rolę najsławniejszego (z różnych powodów) polskiego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego i wraz z Rutkowski Patrol infiltrujemy przestępczy półświatek... Gra oferuje (podobno, bo nie ma do ściągnięcia wersji demo) widok z perspektywy trzeciej osoby (TPP) z możliwością przełączenia się widok "z oczu własnych" (FPP) i zalicza się do gatunku "skradanek"!!! Oj drżyj Samie Fisherze oraz kilkusetletni Złodzieju, nadchodzi Polak, który skopie Wam miejsca, poniżej których plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Gra "Detektyw Rutkowski - Is back!" kosztuje 9,99PLN i jest dostępna w sklepach od przedwczoraj - lecę, pędzę.

Jak tu żyć

Weekend minął tak szybko, że nawet specjalnie nie zauważyłem jego końca. Zmaganie się z bólem męczy człowieka tak szybko, szybciej niż wysiłek fizyczny. A miało być tak pięknie, cyzelowanie czasów w CMR z pomocą pożyczonej kierownicy, odpoczynek połączony z przyjemnością... No cóż może za cztery dni się uda, tyle, że już bez kółka, które jutro muszę oddać.

Dziś znowu nie udało mi się kupić Wprost w wersji z dołączoną CD (Propaganda PRL), całe szczęście, że można zamawiać brakujące numery wysyłkowo na stronie Wprost, która notabene w tej chwili nie działa - widać efekt rewelacji dot. "taśm Rydzyka". Przy okazji dziwna sprawa, że za zamówione DVD nie można zapłacić przelewem - do wyboru karta kredytowa lub pobranie, nastawiają się na zasobnych czytelników chyba.

Powoli nachodzi mnie pokusa wymiany kilku bebechów z mojego desktopa, zasadniczo nawet nie wiem czemu. Komputer jest w miarę silny, z wszystkim daje sobie spokojnie radę, ale przydałoby się urwać parę minut z czasu enkodowania video. Poza tym to chyba efekt tego, że dawno nic do niego nie było dokupowywane, starsi też lubią mieć nowe zabawki, prawda? Szczególnie, że Intel i AMD zapowiedziało spore obniżki w tym miesiącu... Ale stop. Udany urlop jest ważniejszy i prawdopodobnie na tą przyjemność pójdzie większa część kasy.

A co do urlopu... To jeszcze niecałe trzy tygodnie, a zacznie tak, jak w filmach Alfreda Hitchcocka - od trzęsienia ziemi, a potem napięcie będzie rosło. Tym trzęsieniem ziemi będzie oczywiście scenowe party, a później kilkasetkilometrowa wycieczka nad morze.

Ała...

No tak, ten piątek nie będzie zapamiętany, jako najprzyjemniejszy dzień (jak to zwykle bywa) w tygodniu. Wszystko zaczęło się już o 4 rano - standardowy ból brzucha przechodzący później w ból dolnej części pleców aż do podbrzusza, bokiem. Tradycyjny, około copółroczny rytuał niektórym znanym jako kolka nerkowa spowodowana przesuwaniem się kamienia. Kto nie miał to nie wie, jakie to atrakcje.

Kiedy doświadczyłem pierwszy raz powyższych "przyjemności" (ok. 7 lat temu, jeszcze mieszkałem z rodzicami) moja mama u lekarza spytała się jakiego to jest rodzaju ból - lekarz stwierdził - "to tak, jakby Pani rodziła, tylko 2x bardziej". Tak więc userki Joggera, które mają dzieci wiedzą mniej więcej czego doświadczam raz na jakiś czas.

A miało być tak pięknie, pożyczyłem bowiem wczoraj od znajomego kierownicę, aby jeszcze bardziej podkręcać czasy w CMR. Dostałem też do testowania Richard Burns Rally i GT Legends - niestety dzisiejszy dzień poświęciłem głównie na odsypianiu nocy i środków przeciwbólowych.

Ale jutro sobie pogramy, wrażenia z testowania kierownicy oczywiście zamieszczę na blogasku.

Kontakt

Jeśli koniecznie chcesz się ze mną skontaktować...

  • Jabber: delyra@jabber.wp.pl
  • GG: 765628
  • e-mail: daniel.kozminski@gmail.com
  • tel: +48605650809