Nadmorska miejscowość okiem gracza. Starego.

Wybraliśmy się tego urlopu nad morze. Morze polskie. Dlaczego nie Bułgaria, Egipt czy inne opcje z gwarantowaną pogodą, ciepłym morzem, względnie full opcją z jedzeniem i piciem? Ano ze względów obiektywnych, po prostu do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, kiedy żona musi być obecna w Radomiu - i tak uważam za duży sukces mobilizację i rezerwację pokoi na 2 tygodnie przed wyjazdem. Tak też trafiliśmy do Stegny, znanej nam już z ostatniego urlopu, z tym że tym razem wybraliśmy pokój w ośrodku z wyżywieniem, zamiast domku ze śniadaniami i obiadkami we własnym zakresie.

Czytaj dalej »

Rajd Polski. Bardzo subiektywna recenzja.

Dzięki wpisowi na tablicy Pana Prezydenta na Facebooku dowiedziałem się o dostępności gry Rajd Polski - cóż, fan ścigałek spod znaku WRC nie przepuści takiej okazji i czym prędzej udałem się do najbliższej wylęgarni zła i rozpusty w postaci sklepu z grami.

Czytaj dalej »

Pata Pata.

Wreszcie skończyłem dziada, znaczy dziadów, takich małych - rozumiecie. Oczywiście chodzi o Patapon na PSP. Gra jest niewąska, momentami doprowadzała mnie do rozpaczy, kiedy męczyłem się z którymś z kolei bossem, z drugiej strony zachwycała, gdy słuchałem ścieżki dźwiękowej. O nie! To nie jest kolejna zręcznościówka, ani strategia, jak niektórzy raczą twierdzić. To zdecydowanie gra, przy której należy się porządnie skupić i wyciszyć ponieważ jedno naciśnięcie nie tego klawisza co trzeba, lub spóźnienie się z rytmem naciskania tychże może pogrzebać kilka minut wcześniejszej gry!

Czytaj dalej »

Z otchłani wynurzam się...

Nie pisałem dosyć długo, albowiem mnie nie było. To znaczy byłem, ale jakoś nie starczało czasu (chęci pewnie też, ale do tego przecież się nie przyznam) i teraz jakoś głupio się zapytać wszystkich czy już pousuwali adres mojego blogasa z czytników RSS i fejwów. Pewnie tak się stało - i nie ma się co dziwić, bo przecież nie zagwarantuję, że po tym wpisie następny nie będzie za rok.

Czytaj dalej »

RTV EURO AGD. Serdecznie "polecam"

Dziś nie będzie o grach, nawet trochę, tylko o wizycie w salonie RTV Euro AGD w radomskiej Galerii Gama.

Co prawda nie mieliśmy z żoną iść specjalnie na zakupy do Euro, ale przy tak zwanej okazji zajrzeliśmy aby nacieszyć oczy sprzętem, który kiedyś sobie pewnie kupimy. Pierwsze wrażenie - "O! Przebudowali!" Wreszcie salon nie wygląda jak tani dyskont z pralkami i kuchenkami gazowymi oraz wreszcie można pomacać więcej produktów bez przylepiania nosa do szyby wystawowej.

Czytaj dalej »

Plus kilka procent i niemiła niespodzianka

Te kilka kolejnych procent to oczywiście w Need For Speed: Undercover. Skończyłem drugie miasto i przeniosłem się ze swoją tytułową przykrywką do Palm Harbor.

Nowe miasto i kompletnie inny profil wyścigów - to już nie są małe spokojne miasteczka z autostradowymi obwodnicami dookoła - tym razem przyjdzie mi marnować wzrok w celu wypatrywania wąskich, ciasnych zakrętów w Wielkim Mieście. Niestety przy takim natłoku wieżowców wychodzą mankamenty i słabości engine NFS: U - często bowiem zdarza się, że konsola za późno rysuje "nadjeżdżające" budynki i momentami jedziemy w samym "fog of war" :)

Czytaj dalej »

52% plus coś jeszcze

No tak, czasu na granie jak było mało, tak zostało do tej pory. I mimo, że gram w Need For Speed: Undercover już od jakiegoś czasu to w tej chwili progress counter trzyma się na poziomie 52%.

W międzyczasie zmieniłem już kilka razy samochód (w grze oczywiście, w realu nie ma tak dobrze), ale uwagi co do gry pozostały wciąż te same. IDIOTYCZNE misje polegające na zniszczeniach za kasę (nasz samochód oczywiście jest invincible) oraz polowaniu i złomowaniu radiowozów. O ile wyścigi, time-triale itp. łykam niczym pelikan to wyżej wymienione uważam za totalne nieporozumienie i omijam, kiedy tylko mogę. Nie rozumiem, jak coś takiego można było dodać do, mimo wszystko, niezłej gry (czy już pisałem, że soundtrack wymiata?).

Czytaj dalej »

Kilka wrażen po dłuższym byciu undercover

Trochę już pograłem, w miarę się oswoiłem więc warto napisać parę zdań na temat Need For Speed: Undercover i ogólnego komfortu rozrywki dostarczanej przez Sony PSP.

Jakoś szybko odechciało mi się kierować samochodem za pomocą analoga, jako stary hardkor wolę standardowego krzyżaka - z analoga (bardzo wygodnego, żeby nie było) chyba skorzystam dopiero w innej grze (FIFA 09 leży w pudełku i czeka aż skończę ścigać przestępców i demolować miasto). Przyciskom służącym do zmiany głośności i natężenia jasności ekranu przydałoby się delikatne podświetlenie albowiem podczas grania zupełnie ich nie widać, a czasem trzeba ich użyć - np. kiedy żona zgłasza pretensje, że nie da się oglądać telewizji, względnie kiedy budzimy dzieci za pomocą ścieżki dźwiękowej.

Co do samej gry to niestety kilka rzeczy bije w czaszkę. Bardzo. Po pierwsze to zbytnia "arcadowość" - wiadomo, nikt nie wymaga realizmu na poziomie Richard Burns Rally czy nawet ostatnich wydać gier sygnowanych nazwiskiem Colina McRae, ale do diabła dlaczego czołowy dzwon z dowolnym samochodem (nieważne czy to wielka ciężarówka czy mały miejski wózeczek) powoduje tylko NIEZNACZNY spadek prędkości? Ot tak z 230 km/h do 140. I nic, jedziemy dalej pchając dwa razy większego od nas trucka z prędkością ponad stóweczkę na budziku.

Need for Speed: Undercover

Druga sprawa to zdarzają się idiotyczne questy typu: "wyrządź jak największe szkody" - polega na spowodowaniu setek czołówek z nadjeżdżającymi samochodami, taranowaniu wszystkiego co się pojawi na drodze tudzież koszeniu parkometrów i znaków. Wszystko na czas i podliczane w dolarach USA - dramat. Możemy również natknąć się na zadania polegające na zniszczeniu za pomocą własnego samochodu kilku radiowozów dzielnej policji amerykańskiej. Ponownie - taranujemy i spychamy na szczelnie okalające drogi bandy. Brrr.

Grę zdecydowanie wznosi na wyżyny świetny soundtrack, do którego - szczerze mówiąc - gra mogłaby być dodatkiem oraz bardzo klimatyczne cut-scenki budujące historię. Wbudowano nawet autorski mediaplayer, za pomocą którego można sobie posłuchać utworów przygrywających podczas gry oraz buszowania po menu. Reszta, niestety taka sobie - co prawda obecny postęp w grze to dopiero 17%, ale chyba już nic mnie nie zaskoczy.

Playstation Portable - szybki rzut oka

Dostałem od Szanownej Małżonki na urodziny (które notabene będę miał dopiero za miesiąc) Sony PSP. Małe, błyszczące i grające coś. Fajne.

W zestawie były trzy gry: Tekken: Dark Resurection, Need For Speed Undercover i FIFA 09 - zestaw zacny, zacząłem od NFS - uwagę zwracają przede wszystkim bardzo fajne cut-scenki. Ale jeszcze wcześniej oczywiście od obmacania menu i ergonomii ;) Na pierwszy rzut poszło WiFi i sieć - konfiguracja banalna, klik - tzn. oczywiście pstryk bo myszy nie ma - i jesteśmy w sieci. Przeglądarka całkiem daje radę, tylko nie wiedzieć czemu zapomniano o polskich krzaczkach - niby drobiazg, ale tu mamy pierwszy minus. Wbudowane Skype również działa, nie ma się do czego przyczepić - rozmowa dzięki obecnemu w serii PSP-3000 mikrofonowi jest wygodna i naturalna, można sobie położyć gdzieś koło siebie konsolkę i nie trzeba się wysilać z celowaniem głosem. Jedynie głośniki mogłyby być nieco bardziej "wyraziste".

Kolejny minus to niestety importowanie plików wideo. Temu, kto wymyślił, żeby PSP zobaczyło plik na karcie pamięci trzeba stworzyć folder o niezwykle intuicyjnej nazwie "MP_ROOT" i potem "100MNV01" należy się solidny kopniak w miejsce, gdzie plecy tracą swą wielce szlachetną nazwę. Okazało się, że nowszy firmware pozwala łaskawie na utworzenie katalogu VIDEOS.

Ale gra się bardzo przyjemnie - jestem szczerze zaskoczony jakością ekranu, jest ostro, jasno i wyraźnie, nie widać smużenia - na prezent jak znalazł ;)

Star Trek Zero

Co prawda miałem iść już w piątek, ale dzięki splotowi niekorzystnych okoliczności (czyt. braku chętnych na opiekę na Juniorem Jr) wybraliśmy się z Żoną i Juniorem Sr dopiero w niedzielę. Szybka opinia - film jest dziwny, nawet bardzo.

Klimat wyjątkowo odbiega od wszystkiego, co było do tej pory w ST. Czyli jest dobrze, bo jest inaczej, niespodziewanie? Niekoniecznie - plot jest ciekawy (o tym chwilę dalej), nie ma chwili nudy, czego w nadmiernych ilościach dostarczał nam Nemesis, a jest jakoś... dziwnie ;) Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie młodego Spocka (genialny w tej roli Zachary Quinto), żeby nie wspomnieć o JT Kirku, natomiast Scotty, Sulu i w szczególności Chekov ("Łiktor, Łiktor") spełnili moje oczekiwania. Efekty specjalne to klasa sama w sobie, scenografia też - po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć maszynownię wypełnioną labiryntem rur, wciąż żyjącą dwulitem (nawet w Enterprise jakoś było tam za czysto), natomiast mostek jakiś taki za sterylny...

Czytaj dalej »

Najbardziej niesprawiedliwy z niesprawiedliwych

Wczorajszy mecz pomiędzy Barceloną, a Chelsea najjaśniej pokazuje jaki to futbol jest niesprawiedliwy. Można wywieźć doskonały wynik ze stadionu przeciwnika, prowadzić w rewanżu po wymarzonym początku przez cały mecz, a nawet przez całkiem spory kawałek z przewagą jednego zawodnika i... zejść z boiska z opuszczoną głową.

Barcelona, która kilka dni temu zagrała przepiękny, cudowny i niepowtarzalny mecz z Realem tym razem trafiła na przeciwnika, który wiedział jak się bronić, na kogo trzeba zwracać szczególną uwagę (przy Messim momentalnie pojawiało się 2-3 graczy Chelsea). Biła głową w mur przez 90 minut w niczym nie przypominając pogromców Wielkiego Realu, a wśród graczy Blues panował niesamowity spokój. Cały dwumecz rozstrzygnęło niedokładne uwolnienie gry przez Essiena i gapiostwo Cecha, który niewiedzieć czemu "dostał" strzał w środek bramki, a sam stał przy prawym słupku.

Chelsea - Barcelona. Fot. Kirsty Wigglesworth AP

Dodatkowo jeszcze "bohaterem" meczu okazał się norweski sędzia, który nie podyktował ewidentnych dwóch rzutów karnych dla Chelsea (a i trzeci też by mógł być za "nastrzeloną" rękę Pique) oraz zupełnie niesłusznie wyrzucił z boiska Abidala. Myślę, że sędzia zrozumie moje (jako kibica The Blues) postępowanie, kiedy nazwę go złodziejem i szubrawcem ;)

Ale tu się zakurzyło

Straszliwie... No ale życie kręci się tak szybko, że nie ma nawet kropli wolnego czasu aby coś sensownego napisać.

Junior Jr w tym czasie zdążył dwa razy odwiedzić (po tygodniu) szpital - raz z powodu wysokiej gorączki i drgawek (jednorazowy wybryk, od razu po przyjeździe do szpitala zrobiło mu się lepiej), a drugi z powodu jakiejś paskudnej infekcji wirusowej, po której dostał kaszlu i "ciężkiego oddechu". Ale czego się spodziewać po rodzicach astmatykach?

Czytaj dalej »

Mają ludzie gest...

Wczoraj wracamy sobie z małżonką, teściem i Juniorem Sr z marketu, no i jak to bywa w piątkowe wieczory - ulice zapchane, na światłach się stoi po kilka zmian. Na którychś z kolei zauważyliśmy przed nami Mercedesa - z dosyć sporym panelem LCD dla znudzonych podróżą pasażerów. Moja żona od razu zawołała Bartka żeby zobaczył jaka to atrakcja - samochód z telewizorem, DVD itp. - istny wyczes. W tej samej chwili tatuś (czyli ofkors ja) dobrze się przypatrzyłem co na tym telewizorze leciało.

Czytaj dalej »

Czy to jakaś zaraza?

Zaglądam na stronę główną Joggera i co widzę pod nagłówkiem "najpopularniejsze"? Ano widzę, jak na załączonym poniżej obrazku.

Najpopularniejsze, heh.

Ludzie kochani? Czy naprawdę nie ma o czym pisać tylko o... No wiecie o czym? Widać każdy postawił sobie za punkt honoru wyprodukowanie notki o... Wiadomo, o czym mówię.

Wrzesień, 1st

No tak, kiedyś przychodzi ten dzień, kiedy to człowiek udaje się po raz pierwszy do PRAWDZIWEJ szkoły. Dziś Juniorowi sr zdarzył się ten dzień - co prawda bardziej to było spotkanie organizacyjne (sponsorowane przez jeden wielki chaos) niż dzień szkolny, ale kto będzie to później pamiętał? Ważne, że to był pierwszy dzień w PRAWDZIWEJ szkole, żadnym tam przedszkolu dla "dzidziusiów" - wielkiej, dużej i murowanej szkole.

Przy okazji Bartkowi będzie z pewnością raźniej, albowiem już na początku okazało się, że do tej samej grupy chodzi pół gangsterki i lasek z przedszkola :) Nie będzie więc tragedii - plecak ważący ładnych parę kilo już czeka przy drzwiach na dzień jutrzejszy.

A u Juniora jr się rośnie - najbardziej widać to przez zęby. Powoli bowiem zbliżamy się do kompletu uzębienia. Z okazji takiej, że zaczęły u niego występować zęby dolne, nauczył się skubaniec tego, czego ja nie cierpię najbardziej na świecie - ZGRZYTANIA ZĘBAMI. Podczas tego niecnego procederu ja po prostu uciekam w najdalszy kąt mieszkania - no nie znoszę tego i już :)

Gdzieś w przestrzeni

No tak, przez całe wakacje ani słowa. A bo czasu nie było :)

W tym międzyczasie Junior Jr zdążył odbyć własne chrzciny, zdążyły mu wyrosnąć dwa pierwsze (ostre) zęby (trzeci w drodze), zdążył nauczyć się biegać (hm, rzekłbym nawet, że zapieprzać) "na czterech" oraz stawać samemu w łóżeczku.

Junior starszy dla odmiany dwa zęby stracił w wyniku nieuchronnej akcji wypadania mleczaków i udaje się "już za chwilę" do prawdziwej szkoły - do klasy 0. Zawsze jakiś początek - ja bardzo mile wspominam zerówkę.

A u mnie? Po staremu, z okazji takiej, że iż ponieważ Junior Jr daje coraz to więcej czasu udało mi się "prawie" ukończyć Gears of War, w którego to posiadanie wszedłem drogą kupna, korzystając z szalonej obniżki w MM.

Aha i najgorsza wiadomość - jutro wracam po urlopie do pracy. Dramat.

Trzy razy po jednym razie

Junior Jr rośnie, jak na drożdżach, a może i jeszcze szybciej. Z dnia na dzień centymetrów mu przybywa i nie wiadomo kiedy przestał się łotr mieścić w swojej własnej, osobistej wanience i rozpoczął kąpiele w prawdziwej, dorosłej wannie.

Mleko butelkowe również powoli przestaje smakować i powoli zaczął się przerzucać na bardziej ludzkie jedzenie czyli np. owoce itp. Poniżej możecie obejrzeć prawdziwie drastyczne sceny z tego procederu.

Co ciekawe, małemu znacznie lepiej wychodzi stanie na nóżkach (oczywiście przytrzymywany) niż własno... hmmmm... własnoplecne siadanie - ale to już podobno niedługo ma się poprawić. Bartek z kolei o wiele bardziej lubił brykanie na brzuszku. Aleksandrowi wychodzi to dosyć średnio.

Stać łotrzyk woli zdecydowanie bardziej, na co dowód poniżej.

W ogóle to kiedy te dzieci wszystkie rosną, nim się człowiek nie obejrzy, a już zaczynają chodzić, mówić, biegać itp. Teraz tylko czekać, aż Bartek przyjdzie i powie "tato, daj parę PLN, bo na imprezę idę...".

Skończyłem drania!

Korzystając z tego, że Junior Sr raczył wyjechać do dziadków do Piastowa na przedletnie wakacje udało mi się WRESZCIE ukończyć Ubersoldiera 2. No i może od razu krótkie podsumowanie.

Gra jest długa, co zupełnie nie pasuje do jej niskiej ceny i reklamowanej "budżetowości", rzekłbym nawet, że za długa. Widać nawet, że w pewnym momencie projektanci chyba na siłę rozbudowywali niektóre wątki, przez co zwiedzimy niemal cały świat. Ale nie ma tego złego, co na by na dobre nie wyszło, Europa, Afryka, Azja - jest co pooglądać, naprawdę.

Co się podobało? Klimat - zwolennicy alternatywnej wizji Drugiej Wojny Światowej będą w raju, fanatycy sekretnych broni III Rzeszy również. Ja zwróciłem uwagę na świetne rysunki, które zastąpiły, kiepskie (moim zdaniem) cut-scenki z części pierwszej. Miłośnicy kreski rodem z Kapitana Żbika czy też Podziemnego Frontu będą z pewnością usatysfakcjonowani.

Ubersoldier - Spotkanie z Tygrysem

Co było "na minus"? Ano chyba dłużyzna, można było spokojnie pominąć kilka etapów i sądzę, że nic by się nie stało. Poza tym zakończenie - nie wiem czy powinienem to pisać, ale zakończenie jest kiepskie. Bardzo. Po eksterminacji hord wrażych wojsk, przebyciu połowy świata gracz oczekuje czegoś więcej niż... No, skończycie to zobaczycie.

Czy polecam? Tak, polecam. Tania, jak barszcz, a potrafi zabawić!

I po ptokach

Podsumowanie naszego "występu" na Euro może być tylko jedno - klapa. Ale czy na pewno zagraliśmy tak słabo, czy może po prostu na miarę swoich możliwości?

Recenzując z pozycji fotelowej każdy z nas jest pewien, że poprowadziłby naszą sborną lepiej, a co najmniej tak samo jak Leo. Trzeźwo natomiast patrząc wydaje mi się, że mimo tego, iż kilku graczy zagrało poniżej swojego poziomu to tragedii nie było. Po prostu wszyscy uważaliśmy, że wyjście z grupy jest w naszym zasięgu - tylko nikt jakoś nie zwrócił uwagi na to, że na tym turnieju nie było słabeuszy! Co innego kilkunastomiesięczne eliminacje, a czym innym jest turniej, na który jadą silne drużyny - i w żadnej z nich nie grają drwale czy dentyści, którzy jako hobby kopią sobie piłeczkę.

Artur Boruc

Zagraliśmy na miarę swoich możliwości czyli po prostu słabo - kiedyś Jan Tomaszewski powiedział, że polska reprezentacja to Krzynówek i dziesięć koszulek. W Austrii i Szwajcarii grał Boruc, Roger, Saganowski i osiem koszulek - to i tak znaczny postęp. Ci, którzy liczyli na wyjście z grupy byli niepoprawnymi optymistami, a wystarczyło trochę szczęścia (bo umiejętności nie przychodzą ot, tak) ponieważ Niemcy są słabi, jak nigdy, Austria to europejski słabeusz, a Chorwaci grali ospale żeby się nie spocić.

Za dwa lata mundial w RPA.

To i owo

Dziś miałem trochę więcej czasu wolnego i postanowiłem postawić kropkę nad i - czyli zacząć proces dokańczania Ubersoldiera 2. Od razu rzucił mi się w oczy kilkunastosekundowy proces sprawdzania płyty - czy aby nie jestem podłym złodziejem, który właśnie ukradł grę, szczególnie taką, która kosztuje kilkanaście złotych... Tak, to mnie zawsze denerwowało.

Oj, a potem... Okazało się, że zakończyłem ostatnio na niełatwym etapie, tak więc pierwsze pół godziny to niemalże ciągłe quickload - brak wprawy dał znać o sobie. I to bardzo. Ubersoldier 2 nie jest grą łatwą, mogę to powiedzieć z całą odpowiedzialnością. Jeśli na początku bossem jest, powiedzmy, ponad dwumetrowy "nadżołnierz" z wielką maszynową giwerą (dodatkowo wypluwającą całkiem często rakiety) oraz superpancerzem to możesz być pewien, że już za kilka poziomów zetrzesz się z kilkoma takimi delikwentami. Co za tym idzie włączenie tej gry po dosyć długiej przerwie może się okazać bolesne...

No dobra, to sobie pograłem, a tu jeszcze jedna sprawa. Otóż dziwią mnie te ataki na Howarda Webba, taki dziwny patriotyzm się odezwał w Internetach. Co prawda, 999 sędziów na 1000 nie zagwizdałoby takiego karnego, ale Webb podjął taką decyzję. I nie była ona niezgodna z przepisami - nasz zawodnik przytrzymywał Austriaka i to kwalifikowało się na faul, a że faul w polu karnym skutkuje rzutem karnym. No cóż.

Nikt, naprawdę nikt (a w każdym razie ja nie widziałem takiego przypadku) nie zdobył się na stwierdzenie, że gdyby nasza sborna strzeliła jedną, a najlepiej ze trzy, bramkę więcej to kontrowersyjny karny w ostatniej minucie doliczonego czasu nie zmieniłby wyniku. Ani nie obniżył naszych szans na wyjście z grupy do czysto matematycznych. Gra w piłkę od zawsze (chyba) polegała na tym, żeby strzelać bramki, a nie liczyć na to, że sędzia będzie pobłażliwy oraz, że nie popełni błędu. Koniec, kropka.

Kontakt

Jeśli koniecznie chcesz się ze mną skontaktować...

  • Jabber: delyra@jabber.wp.pl
  • GG: 765628
  • e-mail: daniel.kozminski@gmail.com
  • tel: +48605650809